Od Yesterday'a CD. Kaylay

0 | Skomentuj
Oto, co zafundowała mi jesień - kolejny szary, ponury dzień. Nawet nie padał deszcz - niebo było po prostu zasnute stalowymi chmurami, wprawiając mnie w jeszcze gorszy nastrój.
Dopadła mnie chyba ta cała jesienna chandra. Chociaż nadal wypełniałem swoje obowiązki, moje życie z niewiadomych powodów utraciło blask. Czułem gdzieś w głębi pustkę i brak czegoś ważnego, a moja wena, mimo prób jej odzyskania, zupełnie zniknęła.
Obudziwszy się i wyjrzawszy na zewnątrz, zacząłem błagać w duchu, aby ta jesień się już skończyła. Choć to dość piękna pora roku, obfitująca w deszcz i mgły, po kilku miesiącach miałem jej serdecznie dość. Stokroć bardziej wolałem zimę, którą mimo wszelkich przeciwności uważałem za ulubioną część całego cyklu. To prawda, trudniej znaleźć jest pożywienie i ogrzać się, ale śnieg jest zachwycająco urokliwy i nadaje całemu światu jakiegoś dziwnego blasku i dodatkowej szczypty magii. Swoją drogą, powinienem już pomyśleć o przeniesieniu się do lasu...
A skoro już o tym mowa, należałoby poinformować o przeprowadzce tę nową wilczycę... Kaylay? Wydawało mi się, że właśnie takie imię nosiła członkini watahy, która przybyła tu kilka dni temu. Pozostałe wilki na pewno już o wszystkim wiedziały i zapewne przygotowywały się do podróży... Ale akurat o tym musiałem zapomnieć.
– No nic – mruknąłem do siebie. – Będę musiał wybrać się na mały spacerek...
Przeciągnąłem się, pozbywając się resztek snu i wkroczyłem w szarą rzeczywistość.
>>> <<<
Idąc dość szybko, przejście w okolice zamieszkiwane przez Kaylay zajęło mi plus minus piętnaście minut. Nie byłem pewien, gdzie wilczyca postanowiła zamieszkać - widziałem tylko, jak kierowała się w stronę granicy.
A jeśli jest szpiegiem? – przemknęło mi przez myśli. Wzdrygnąłem się. – Na pewno nie. Bądź dobrej myśli, Yesterday. Nie warto się tym teraz zamartwiać. Poza tym, to kolejne twoje niedopatrzenie, jako Alfy. Powinieneś widzieć, gdzie mieszkają członkowie twojej watahy.
Westchnąłem cicho. Oczywiście, miałem rację. Czyżbym ostatnio tak bardzo zaniedbywał swoje obowiązki...? Chyba będę musiał to zmienić...
Moje rozmyślania zakończyły się, gdy po pokonaniu zakrętu dostrzegłem siedzącą na skale waderę. Miała niezwykłe, ni to szare, ni to czarne futro i błyszczące, intensywnie zielone oczy. Jedno z jej uszu odwróciło się w moją stronę, a chwilę później wilczyca wstała i wlepiła we mnie spojrzenie.
– Kaylay? – zapytałem tylko. Tak właściwie powinienem być pewny, że to ona... Przecież jestem Alfą... A ona kilka dni temu dołączyła do mojej watahy... Co się ze mną dzieje?
– Tak. Potrzebujesz czegoś? – odpowiedziała niemal od razu nieco nerwowym głosem.
– Chciałem ci tylko powiedzieć, że za kilka dni będziemy się przeprowadzać...
– Jak to? – przerwała mi Kaylay.
– Za kilka tygodni nadejdzie prawdziwa, mroźna zima. Niełatwo przeżyć ją na tundrze. Dlatego przenosimy się do lasu. – Wskazałem łapą południe. Przy słonecznej pogodzie byłoby tam widać ścianę drzew... oczywiście zapomniałem, że tylko przy słonecznej pogodzie. Kolejne niedopatrzenie... Na szczęście lub nieszczęście nie mogłem nad tym faktem długo rozmyślać. Ponownie odezwała się Kaylay.
<Kaylay?>

Od Kaylay

0 | Skomentuj
  

Nie ma dla mnie znaczenia, czy jestem tu już tylko dzień czy dwa, może nawet dłużej, każda chwila wygląda dokładnie tak samo. Muszę się nieustannie pilnować, kontrolować coś nie do opanowania.

Uchodzę niesłusznie za samotniczkę i egoistkę.... Ale jak jest na prawdę nikt się pewnie nigdy nie dowie. Nikt nie będzie mógł mnie poznać, jeżeli nadal będę... mną... Nieobliczalną maszyną do zabijania. Nie chcę nią być, dlatego wszystkich unikam. Postanowiłam zamieszkać w najbardziej oddalonej jaskini na brzegu terenów zupełnie sama, nie dlatego, że lubię chociażby ciszę. Jeśli nie będę miała wokół siebie nikogo, nie będę miała komu zrobić krzywdy. Nie będę nieświadomie czerpać z nich sił a potem uśmiercać we śnie. Nie będę też szczęśliwa. Śmiech, słowa innych sprawiają mi jednocześnie radość i ból. Chcę je słyszeć a nie mogę. Czyje dobro mam wybrać? Spełnienie swoich najskrytszych marzeń i pragnień czy bezpieczeństwo tych, którzy i tak mają mnie za nic?

Nie myślę o innych troszcząc się o nich.

Najtrudniejsze z tego wszystkiego było przywitanie się. Nie znam imion wszystkich członków Watahy, tak jak oni nie znają mojego. I tak już zostanie. Nikt nie trzyma się z kimś, kto nie słucha tego, co się do niego mówi. Kto nie chce niczego pamiętać. Kto zawsze stoi na uboczu. A wszystko dlatego, że nie chcę odczuwać żadnych emocji, które mogłyby spowodować, że znowu wpadnę w trans. Zostaniemy sobie nieznani, choć mogłoby być inaczej.

I fakt, że może dotarło do mnie, że ból musi mi nieustannie towarzyszyć, nie zaprzecza temu, że nadal go odczuwam. Nie mogę osiągnąć niczego, bo sama sobie blokuję drogę. Jakieś inne wytłumaczenie? Czy może inni sami na siebie ściągnęli zły los? Zostawiając mnie zamkniętą sam na sam ze swoimi myślami, które obudziły moją drugą stronę? Wspominając dawny czas dochodzę do wniosku, że nawet samotność nie jest dla mnie ucieczką. Nie ma dla mnie miejsca na tym pięknym świecie. Gdziekolwiek się znajdę, sprowadzę nieszczęście.

-Gdybym tylko wiedziała, jak zapanować nad tą przeklętą mocą. -szepnęłam do siebie siadając na brzegu skały. Nawet mój głos był dla mnie czymś obcym. Nie miałam wiele okazji, żeby go używać.


(Ktoś?)

Od Altair CD. Cassie

0 | Skomentuj
Zamknęłam oczy, nie słysząc odpowiedzi na swoje pytanie. Czemu, och, czemu akurat mnie to spotkało? Dlaczego moje życie jest takie skomplikowane? Dlaczego... dlaczego nikt nic nie rozumie...? Dlaczego, jak wszystko jest super, nagle musi się zdarzyć coś, co niszczy całą harmonię mego żywota?
Chciałam się rozpłakać. Chciałam zaszyć się w ciemnej dziurze, zakryć uszy łapami i utonąć w potokach łez. Albo jeszcze lepiej... Chciałam skoczyć z przepaści. Tylko, jak na złość, żadnej w pobliżu nie było.
Z braku lepszych pomysłów chwyciłam za kark nieprzytomnego wrogiego zwiadowcę i zaczęłam wlec go w stronę Wichrowych Wzgórz. Cały czas zastanawiałam się, co jeszcze powinnam zrobić. Nie mogłam zostawić Cassie, to było pewne... Tylko... musiałabym przekonać Yesterday'a, by pozwolił jej wrócić. I, co gorsze, ją samą, aby się na to zgodziła. Czeka mnie ciężkie zadanie... Ale to dopiero za jakiś czas, gdy wataha już będzie bezpieczna.
>>> <<<
– Skąd go wzięłaś!? – wykrzyknął Yesterday, gdy wkroczyłam do jego jaskini z ciałem nieprzytomnego zwisającym z pyska. Miałam szczęście, że mój brat nie wybrał się na żaden spacerek dla zdrowia czy zdobycia weny twórczej.
– Cassie go unieszkodliwiła – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. – Stwierdziła, że powinniśmy wyciągnąć z niego informacje.
– Czy wy do reszty postradałyście zmysły!? – zawołał Alfa. – To nas wpakuje tylko w większe kłopoty...
– Albo nie. On naprawdę może być skarbcem informacji.
– Cassie... Cassie nie ma tu nic do gadania. Weź kogoś i zanieście go z powrotem za granicę – zdecydował Yesterday.
– Day, przestań się na nią złościć – poprosiłam łagodnie, a zarazem tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Cassie uratowała mi życie. Gdyby nie ona, już kilka dni temu zakopałbyś mnie pod ziemią.
– Ale... teraz... jesteś...
– Bycie wampirem nie jest takie złe. Muszę się inaczej odżywiać i bardziej uważać, straciłam większość mocy, ale jestem silniejsza, szybsza i zwinniejsza. Przydam się jako wojowniczka.
– Ale... kto będzie ze mną teraz polował...?
– Wkrótce do ciebie dołączę – obiecałam. – Na razie powinniśmy coś zrobić z tym tu – wskazałam łapą nieprzytomnego wroga. Yesterday kiwnął głową. Chyba go przekonałam, że tak naprawdę Cassie nie zrobiła nic złego...
<Cassie? Wybacz, że tyle to trwało>
0 | Skomentuj
Witajcie!
Z tej strony Yesterday.
Wybaczcie moje zniknięcie i zaniedbanie bloga, ale dopadła mnie chyba jesienna chandra i ukradła mi całą wenę i zapał. Dodatkowo ostatnie kilka dni mogę oficjalnie ogłosić najgorszymi w moim życiu... Które chyba zmotywowały mnie do powrotu.

Pozostałą część administracji, a także Lunę i Shairen, zachęcam do dalszego pisania opowiadań. Kaylay życzę mile spędzonego tutaj czasu.
Ulro zostaje usunięty z bloga z powodu domniemanego niezainteresowania.
Proszę wszystkich członków o zapraszanie nowych osób, dzięki którym Among snows of North będzie mogło dalej funkcjonować.

Prawdopodobnie zostaną wprowadzone zmiany dotyczące zdobywania pieniędzy; możliwe będą poprawki w regulaminie i innych zakładkach. Postaram się również zorganizować jakiś konkurs bądź event, jeśli będziecie czymś taki zainteresowani.

Życzę wszystkim weny.

Kaylay

0 | Skomentuj
Imię: Kaylay
Pseudonim: Kate lub Kelly (skrót imienia)
Płeć: Wadera
Wiek: 3 lata i 2,5 miesiąca
Charakter: Kelly jest dynamiczna i bardzo niecierpliwa. Życie w ciągłym ruchu powoduje jednak pewną nerwowość w zachowaniu wadery. Potrafi nagle się zezłościć. Na szczęście gniew szybko mija i znowu jest pogodną i przesympatyczną wilczycą. Zawsze gotowa do działania, nie poddaje się w obliczu przeciwności losu.
Generalnie jest bardzo pozytywną wilczycą. Cechuje ją uczynność, mocno rozwinięta intuicja, cnotliwość, powodzenie, przenikliwość, wesołość i energia życiowa. Zdarza się, że działa nieco ryzykownie, przez co ma tendencje do wpakowywania się w kłopoty. Nie chce czekać, aż los odmieni się na lepsze. Sama rzuca się w wir zdarzeń. To dlatego, że nie cierpi rutyny i monotonii. One powoli zabijają waderę, więc trzeba zrobić wszystko, by życie było fascynujące.
Kelly jest osobowością dość awanturniczą, pełną fantazji, a także dynamiczną. Jest też wszechstronnie utalentowana i posiada bogatą wyobraźnię. Kate dysponuje niespożytą wręcz energią, często trudno jej zachować samokontrolę.
Wadera jest także zwykle gotowa spróbować każdej nowości. Nie stoi z boku i nie zastanawia się, czy coś jest dla niej zdrowe – po prostu musi tego spróbować. nigdy nie patrzy za siebie, zawsze do przodu, w przyszłość. Z niecierpliwością czeka na kolejne wyzwanie. Owszem gdy jest bardzo zła, wpada w nieopanowaną furię.
Uwaga! Owa wilczyca nie używa hamulców...
Hierarchia: Omega
Stanowisko: Wojownik
Rasa: wilk czarnokrwisty (mieszanka najpotężniejszych ras wilków)
Moce:
- Furia
- Zmiana w demona
- zamrożenie dotykiem
- niewidzialność w nocy
- Czytanie w myślach
- Bieganie z prędkością światła
Zainteresowania: trenować, walczyć
Historia: nie opowiada. Może zostanie ujawniona w opowiadaniu
Rodzina: nie ma
Partner: szuka
Potomstwo: brak
Pieniądze: 150 Lemingów
Ekwipunek: Brak
Właściciel: julczydlo1 (howrse) Liliaurk15@gmail.com (e-mail)
Inne zdjęcia:

 Towarzysz: brak


Od Yesterday'a CD. Prascanny

0 | Skomentuj
W ciemnościach długo nie pobłądziłem.
Przez kilka minut wędrowałem po omacku, starając się trzymać blisko skalnej ściany, którą napotkałem chwilę po upadku. Potem, zupełnie nagle, w mojej głowie zrodziło się przeczucie, że zaraz coś się zdarzy. Że byłoby lepiej, gdybym odsunął się od pionowej skały...
Nie lekceważyłem przeczuć, przynajmniej, gdy wiązały się z moimi mocami, szczególnie geokinezą. I tym razem była to wina mojej zdolności, ale przynajmniej dzięki temu uniknąłem... e... zasypania przez odłamki skalne.
Rozległ się odgłos wybuchu, fragment ściany przemienił się w gruz, a ja zostałem przytulony przez Prascannę, dostrzegalną w słabym świetle pochodzącym z korytarza za nią.
- Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że jesteś - szepnęła, ściskając mnie jeszcze mocniej. Objąłem ją jedną łapą pod wpływem impulsu. Wdychając słodki zapach sierści wilczycy, pragnąłem jedynie, byśmy byli na powierzchni, pośród Wichrowych Wzgórz. We względnie bezpiecznym miejscu.
W tym stanie zastała nas Kiba. Moja ciotka kulała nieco - jedna z jej łap była zabarwiona na szkarłat przez krew, ale i tak wyglądała groźnie, szczególnie z krążącą wokół głowy ognistą kulę.
- No proszę - szepnęła złowieszczo. - Dwa gołąbki się znalazły. Dzisiaj jemy pieczeń, panowie!
Jak na zawołanie, z korytarza wybiegło kilka zaniedbanych kojotów. Nie, żebym miał coś przeciw tym naszym krewnym, ale akurat te osobniki nie wyglądały zachęcająco... Nie chciałbym skończyć w ich żołądkach.
- Myślisz, że się ciebie boję!? - warknęła Prascanna, stając naprzeciwko Kiby. Sierść na jej karku była zjeżona, odsłoniła zęby. Spokojnie przesunąłem się przed nią, wzrok skupiając na ciotce.
- Czyżby... - zaczęła biała wilczyca, ale nie usłyszałem, co mówiła dalej. Przymknąłem powieki i skupiłem się na wodzie płynącej w podziemnych rzekach, gdzieś pod nami; na deszczu bębniącym o ziemię wysoko w górze.
- Aż tak strasznie wyglądamy, Yesterday? - zakpiła Kiba. Gdy otworzyłem oczy, ujrzałem na jej pysku grymas, który był chyba złośliwym uśmieszkiem. Gdzieś z tyłu dobiegł wark Prascanny, który został zagłuszony przez trzęsienie i łomot.
- C-co się dzieje!? - wykrzyknęła moja ciotka, pochylając się dla zachowania równowagi. Ruchem głowy pokazałem Prascannie, żeby uciekała. Wilczyca, choć zaskoczona, wykonała polecenie. Ruszyłem jej śladem. W następnej chwili podłoże i ściany eksplodowały, a do groty wlały się masy wody. Jaskinia w ciągu chwili przestała istnieć.
Wraz z Prascanną nie uciekaliśmy długo. Minęły trzy, może cztery sekundy i porwała nas fala. Chociaż miałem władzę nad wodą, nie potrafiłem z niej w tamtej chwili skorzystać. Miotany na prawo i lewo, nie byłem w stanie się skupić. Gdy raz udało mi się wystawić głowę ponad powierzchnię, usłyszałem wrzaski gdzieś w oddali. Najwidoczniej innym szalejący żywioł też dawał się we znaki...
A potem znów znalazłem się pod wodą.
<Prascanna? Wybacz, że tyle to trwało>

Od Scarlet

0 | Skomentuj

Minęło już trochę czasu kiedy po raz ostatni widziałam kolory inne niż tylko odcienie szarości.
Czy mi to jakoś szczególnie przeszkadzało? Nie powiem, nie wpłynęło to dobrze na moje samopoczucie, niemniej jednak nie stanowiło to dużego problemu.
Oczywiście jako prawie jedyny zwiadowca w watasze powinnam mieć ponadprzeciętny wzrok, ale to tylko szczegół.
Wyszłam wolnym krokiem z jaskini z moim niezastąpionym łukiem w pysku, o mało nie potrącając kotowatego stworzenia. Kocur syknął z niezadowolenia i skoczył w najbliższe krzaki.
Od pewnego czasu pewna rzecz mnie intrygowała. Chciałam dowiedzieć się o wszystkim, co się działo podczas gdy zahibernowałam (chyba nie ma takiego słowa xP) się kilka, a dokładnie siedem lat temu. Powinnam już być na emeryturze?
Mniejsza o to. Yesterday wspominał o zakończeniu wojny, śmjerci Anubisa i Yongann, później również Alfy Moon. Pewnie sporo innych rzeczy też mnie ominęło.
Trzeba to nadrobić. Na pewno wataha ma coś w rodzaju biblioteki, pełnej różnych relacji z ważnych wydarzeń. Może znajdzie się coś o klątwach osłabiających wzrok?
Hmm....
Co prawda powinnam jeszcze zrobić zwiad całych terenów, ale...
- Walić to - westchnęłam i ruszyłam przed siebie. Prędzej czy później na kogoś lub coś trafię.
Po kilkunastu minutach nieprzerwanego truchtu wreszcie zwolniłam do zwykłego chodu. Zobaczyłam stado wron krążących nisko nad jakąś łąką, skupione na jakimś obiekcie leżącym na trawie. Gdy podeszłam, by się temu przyjrzeć, zauważyłam, że owym obiektem są zmasaktowane zwłoki lisa. Chyba lisa.
Z trudem powstrzymując odruch wymiotny, spłoszyłam wrony i spojrzałam dokładniej na martwe ciało. Lis miał rozszarpany brzuch i zauważalny brak przednich łap.
- Sio! - warknęłam na wronę skubiącą wyflaczone wnętrzności.
Ponownie zerknęłam na zwłoki. Zastanawiało mnie, co mogło spotkać te biedne stworzenie. Wtedy wyczułam jakiś obcy mi dotąd zapach. Po chwili biegłam już za właścicielem zapachu.
A właściwie biegłabym, gdybym po drodze nie potknęła się o coś i nie walnęła głową w ziemie.

<Ktoś, coś?>

Od Lily'ego CD Luny

0 | Skomentuj
- Lily - zapytała Luna - Co myślisz o tej sprawie z tamtym wilkiem?
Lily milczał przez chwilę, zastanawiając się, co jej odpowiedzieć. W zasadzie bardziej martwiło go na chwilę obecną to, co stało się z jego skrzydłami. Ale to może poczekać. Zresztą, jak często korzystał z tych skrzydeł? Raz... może dwa razy na miesiąc?
- Ten wilk - zaczął basior, odwracając łeb w kierunku towarzyszącej mu skrzydlatej wadery - To mógł być szpieg z jakiejś obcej watahy. Skoczył na mnie z drzewa - dodał, usiłując zachować neutralny wyraz pyska.
- Szpieg?
- Ta, i do tego miał maskę nieźle ograniczającą widoczność, sama zresztą widziałaś. Ale ewidentnie też miał zamiar mnie zabić i wiedział, że tu jest wataha. I dlatego właśnie mam złe przeczucia. Najwidoczniej narobiliśmy sobie wrogów.
Znowu będzie wojna.
Chociaż w głębi duszy Lily nie mógł już się doczekać.
Szli już niecały kwadrans do jaskini Elan. Ale czy to miało jakikolwiek sens? Elan co prawda jest Uzdrowicielką WKS, ale nie jest cudotwórczynią, a jedynie magicznym wilkiem. Szanse na odnowienie skrzydeł Lily'ego były znikome.
I nagle tuż przed nimi przebiegł renifer. Lily poczuł się momentalnie głodny.
- Zapolujemy? - zaproponował, spoglądając na towarzyszkę, czekając na odpowiedź.

<Luna?> Eh ta wena :<

Od Luny CD Lily'ego

0 | Skomentuj
-Eh- westchnełam - raczej nic przez ostatnie dni po pogrzebie Exana prawie nie wyściubiałam nosa z jaskini, Dangroł przynosił mi jedzenie dopiero ostatnio się pozbierałam- opowiedziałam  krótko Lily'emu.
-Yhm- mruknoł cicho pod nosem i ciągneliśmy dalej ciało martwego wilka.
Byliśmy już coraz bliżej jaskini Yesterday'a, tak w sumie to była ona już w zasięgu wzroku. Po kilku minutach byliśmy już przy niej położyliśmy przed nią truchło nieznajomego, weszliśmy do niej i wołaliśmy alfę.
-Yesterday jesteś tu?- zawołałam, lecz nikt nie odpowiedział.
-Nie ma go- stwierdził basior
-Raczej tak- odpowiedzialna rozglądając się aby się upwenić czy gdzieś się nie chowa.
-Trudno jak wróci to o wszystkim powiemy -powiedział i skierował się ku wyjściu
-Tak,zostawmy tu to ciało i chodźmy do Elan -powiedziała i machnełam ogonem na znak abyśmy ruszyli, po tym poszliśmy do uzdrowicielki aby obejżała skrzydła mojego towarzysza. Szliśmy już od kilku minut trwając w milczeniu, cały czas krążyło mi po głowie pytanie czego chciał ten wilk, nie dawało mi to spokoju.
-Lily, co myślisz o tej sprawie z tamtym wilkiem?- zapytałam patrząc na basiora
-Ehhh- westchnoł patrząc w ziemię i jeszcze przez chwilę trwał w milczeniu.

<Lily? Sorka bezwen Oh weno najehdź bo mi cię brak>


Od Prascanny CD Yesterday'a

0 | Skomentuj
Ciemność przed oczami w okół tylko stłumiony szum, czułam jedynie jak ktoś ciągboł mnie po ziemi, ostre kamienie ocierały się o moje futro i lekko kaleczył skórę. Po kilku może kilkunastu minutach nie wiem nie czułam upływu czasu, obudziłam się a ta dziwna wadera ciągnęła mnie po ziemi. Próbowałam się wyrwać ale to na nic.
-Zostaw mnie!- krzyknełam do wadery a ona mnie puściła.
-Zamknij się!- krzyknęła i chciała mnie uderzyć łapą ale  ugryzłam ją w nią. Zacistałam z całych sił zęby krwe się lała z jej łapy, nie okazywała bólu ale widać było, że odczuwa ból. W tej chwili puściłam jej łapę i ucuekałam ile sił w łapach. Biegłam przed siebie na nic nie zwracałam uwagi, byle by jak najdalej uciec, on nie dogoniła by mnie ze zraniną tak poważnie łapą. Ślepy zaułek jedynie ściana przedemną, zero drogi ucieczki, stwożyłam wybuch i jakimś cudem za ścianą był Yesterday. Podbiegłam do niego i przytuliłam się di niego i powiedziałam:
-Nawet nie wiesz jak się cieszę, że jesteś- powiedziałam tuląc się do niego .

<Yesterday? Przepraszam, że tak długo ale bezwen:(>

Od Ulro

0 | Skomentuj
        Alanda zaczynała się niepokoić. Przeważnie myślała pozytywnie, ale teraz było to na prawdę trudne. Jej brata nie było nigdzie widać, a ona stała już od godziny w miejscu, gdzie mięli spędzić tę noc. Rozpaliła już ogień, przyniosła kolacje, a jego ciągle nie było. Nagle usłyszała jakiś ruch niedaleko krańca polany. Napełniło ją to nadzieją, z radością ruszyła więc w kierunku ściany sosen. Nie wołała go po imieniu. Nie wiedziała w jakim jest stanie                                                               
-Halo!? - Szepnęła. Ruch wśród drzew ustał. Coś odwróciło się w jej kierunku, a nikłym świetle gwiazd błysnęły oczy. Nie były jednak znajome, lecz obco żółte.                                                               Alanda zaniemówiła z zaskoczenia. Kto mógł tu być oprócz jej brata i jej!? Nie mogła go zobaczyć, od razu zaczął uciekać. Sierść też miał inną, szaro-biało-czarną. Obcą. Goniła go chwilę, Racjonalne myślenie w takich sytuacjach nigdy jej nie wychodziło. Zawsze zaczynała biec, ale teraz w kierunku innym niż zwykle. Nie wiedziała czemu. Może ciekawość wzięła górę nad rozsądkiem? W końcu była młoda, rozsądek nie jest mocną stroną młodych wader, które zawsze miały brata, by je bronił. Czyżby miało się to zmienić?                                                                                                Po krótkim pościgu była całkiem wyczerpana. Albo tajemniczy wilk był strasznie szybki, albo ona strasznie wolna, bez  różnicy. Liczyło się to, że nie mogła dalej nawet iść. Zawyła ze zmęczenia i padła gdzie stała. Było zimno, a trawa była mokra, ale nie mogła już dalej iść. Nie mogła dalej nic robić. Zasnęła.                                                                                                                                   

         Ulro klął na wszystko dookoła. Na to, że jakaś szalona dziewczyna go goni, na to, że jej krzyk był tak przeraźliwy, na to, że wydawała się taka przerażona i zagubiona, i na to, że jak idiota zawróci teraz dysząc, żeby zobaczyć co się z nią dzieje. Tak też zrobił. Leżała trzęsąc się na trawie z mokrym futrem koloru miedzi i mówiła coś przez sen. Teraz zaczynały się schody. Co mam zrobić? Widzę, że jest jej zimno, ale gdzie mam ją zanieść? Nawet jeżeli to co jeżeli się obudzi? Rzuci się na mnie? Będzie miała przewagę...                                                                                                                      Na szczęście odpowiedzi pojawiły się same, jakby coś faktycznie słuchało jego słów. W oddali błysnęła iskra. Ognisko. Druga także została rozwiązana, bo wilczyca spojrzała na niego nieobecnie i mruknęła błagalnie. Widać było, że jej wyczerpanie nie było spowodowane samą pogonią. Pewnie od wielu dni nie spała. Podniósł ją - Była leciutka - I zaniósł w stronę ognia. Gdy ułożył ją na miękkiej trawie polany przestała się trząść, a Ulro postanowił przy okazji skorzystać z ognia. Było na prawdę zimno

          Gdy Alanda się obudziła był późny ranek. Nie wstała przed słońcem, jak zwykle. Coś było nie tak. Wiedziała, że wczorajszy dzień nie był snem, ale i tak mocno zaskoczył ją widok obcego wilka podtrzymującego ogień jednymi z tych mniej oszronionych patyków.                                                         - Nie wstawaj. Nie chcę cię skrzywdzić - Powiedział. Na dźwięk jego głosu zrobiło jej się jeszcze zimniej niż wczorajszej nocy gdy padła na trawę. Nawet gdyby powiedział tym tonem: "Patrz, jaki piękny dziś dzień" i tak nie mogła by się odezwać, a tym bardziej wstać. Może faktycznie nie chce jej zrobić krzywdy, ale tylko tak długo, jak Alanda wykonuje jego polecenia. - Chyba, że ty chcesz skrzywdzić mnie? Chcesz?                                                                                                           - Nnnnie - Wyjąkała.                                                                                                                                     - W takim razie nie masz się czego bać - Zupełnie zmienił ton. Alanda zdziwiła się, że cały szron pokrywający dosłownie wszystko na polanie nie stopił się nagle pod wpływem tego dźwięku.               -Co się stało? Rozumiem, że ktoś powinien z tobą być?                                                                  ----   -Skąd ten pomysł? - Spytała. Zmiana tonu rozmówcy dała jej zastrzyk odwagi. Chyba za duży.           -Nie przeżyłabyś to długo sama. I nie pytaj dlaczego, to widać. Może jednak zdecydujesz się mi odpowiedzieć? Proszę?                                                                                                                                         Alanda poczuła się zgaszona. Gdy nie odpowiadała dłuższą chwilę i odwróciła głowę wilk spróbował inaczej:                                                                                                                                     - Dobrze, przecież ja tylko uratowałem Cię od zamarznięcia. Czemu masz mi ufać? Więc zacznijmy ode mnie. jestem Ulro i zabłądziłem tutaj , kiedy badałem okolicę. A ty?
Wiercił ją oczami i nie mogła go zignorować. Poza tym bała się. Chciała znaleźć brata, a do tego musi być żywa i w pełni władz umysłowych. Bała się go. Uratował jej życie, ale i tak się bała. Nie mogła teraz ufać nikomu oprócz siebie. Zawsze było tylko ich dwoje. Ona i Adal. Nikomu nie ufali i nikogo nie znali oprócz siebie, a siebie znali na wylot.                                                                            - Jestem Alanda. Był ze mną brat. Nie wrócił na noc...       
Alanda była niezmiernie zdziwiona kiedy okazało się, że to wystarczyło. Może aż nad to? Twarz Ulro się zmieniła. Zaczął chodzić w kółko, jakby rozmawiał sam ze sobą. Był poruszony.
- Brat cię bronił prawda? Nie wyglądasz na wojowniczkę - Pokiwała głową
- Chciałbym cię zaprowadzić w jakieś bezpieczne miejsce. Chociażby tylko kawałek stąd. Jeśli brat miałby wrócić, na pewno Cię znajdzie, a jeżeli... No cóż, w tedy lepiej być ze mną niż samemu  czyż nie?                                                                                                                                                                     Alanda nigdy nie uważała, że łatwo jest nią manipulować. W sumie to nie miał kto próbować, bo od kiedy pamiętała wszędzie była z bratem, a obcych omijali szerokim łukiem, ale jemu da się poprowadzić. Wydawało się to rozsądne, chociaż jakaś jej część chciała zostać tu i zamarznąć. Po za tym, miała złe przeczucia. Ulro skinął na nią głową. Musiała decydować. Po chwili namysłu potaknęła i ruszyła za nim opuszczając polanę.

             Ulro wytężał pamięć jak tylko mógł. Teraz w prawo? Czy idę w stronę rzeki? Powinienem skręcić w lewo, kiedy tylko ją zobaczę, żeby uniknąć...
Ale nie udało się. Nie wiedział co, ale Alanda zobaczyła coś na ziemi. Ślady łap? Zawyła głośno, aż Ulro przeszły dreszcze, a następnie ruszyła w kierunku rzeki. Nie! Nie! Nie!
Jednak było już za późno gdy ją dogonił. Leżała łkając przeraźliwie obok zwłok czarnego wilka. Tego czarnego wilka. Obok zwłok jej brata. Adala.

Od Lily'ego CD Luny

0 | Skomentuj
Luna, jak obiecała, pomogła Lily'emu nieść ciało. Sprawiała wrażenie, jakby pozbierała się już po śmierci swojego partnera.
- Widziałaś może dzisiaj Yesterday'a? - zapytał basior przez zaciśnięte na zwłokach zęby. Długie poszukiwania alfy bez rezultatu zaczęły go powoli niepokoić.
Wilczyca pokręciła głową.
- Wiesz, ostatnio ma dużo na głowie - stwierdziła Luna - Myślę, że szykuje się wojna. Chyba z Watahą Niezwyciężonych Wojowników, coś wspominał....
Lily nagle się zatrzymał, a skrzydlata wadera nie zauważając tego zahamowania przypadkiem oderwała trupowi ucho. Jednak beta nie zwrócił na to większej uwagi, chociaż z resztek ucha trysnął strumień krwi - był wtedy pochłonięty innymi myślami. Przecież wilk który go wcześniej zaatakował, a którego truchło teraz ciągnęli po ziemi nie miał na sobie zapachu wrogiej watahy położonej po drugiej stronie Rzeki Leminga. Kim więc jest? Albo są, bo obecnie zmarły wspomniał wcześniej, że jest ich więcej.... Cholera. Czemu nigdy nie można znaleźć Yesterday'a, gdy jest potrzebny.?
- Wszystko w porządku? - Dopiero słowa Luny pozwoliły wrócić mu do rzeczywistego świata.
- Ta, wszystko okej.... po prostu się zamyśliłem - westchnął i dał ogonem znak Lunie. Ruszyli dalej w drogę, a do Jaskini Alf  nie było już tak daleko.
A później trzeba iść jeszcze do Elan, żeby naprawiła mi skrzydła. Chociaż wątpie, by tym razem nawet Elan mogłaby pomóc....
- Przez ostatnie kilka dni byłem... nieobecny - powiedział Lily - Czy ominęło mnie coś ważnego?

<Luna? Ciężko o wenę w tych czasach :|>