Elan przeszła kilka kroków w kierunku, w jakim uciekła Kaylay, a potem zatrzymała się. Odprowadzałem ciemną wilczycę wzrokiem, póki Uzdrowicielka nie przywołała mnie ruchem łapy.
– Widzisz te zielonkawe ślady? – wskazała łapą powietrze przed nami. Rzeczywiście, po chwili dostrzegłem tam dwie intensywnie zielone smugi, znajdujące się na wysokości oczu i powoli znikające. Niewątpliwie miały jakiś związek z nagłym rozbłyśnięciem ślepi nowej członkini watahy i jej ucieczką, ale... jaki? Dlaczego w ogóle odbiegła?
– Widzę – odparłem, spoglądając z ukosa na Elan. – Masz jakieś... teorie?
– Niewątpliwie coś związanego z magią – wymruczała zielona towarzyska. – A co dokładnie... może dane nam będzie się wkrótce dowiedzieć. Ja muszę iść do lasu, uprzątnąć moją zimową norę i nazbierać mchu. A ty... zrób coś ze sobą. Ostatnio jesteś jakiś... nieobecny. Może chcesz jakieś ziółka?
– Obejdzie się bez – odparłem, nadal patrząc w dal. Elan chyba miała rację... Może czas na jakiś zwiad terenu? Co prawda nie należy to do moich obowiązków, ale od wieków tego nie robiłem...
Gdy Uzdrowicielka watahy zostawiła mnie na środku równiny samego, mającego za towarzyszy jedynie smętne myśli, postanowiłem sprawdzić granicę. Co mi szkodziło? I tak nie bardzo miałem co robić. Kaylay tymczasowo zniknęła, a inni pewnie moją swoje bardzo ważne sprawy... Ja też je powinienem mieć... jestem Alfą... może powinienem umacniać wojsko? Albo... zobaczyć, czy któryś z podopiecznych Heroiki mógłby zacząć trening na szpiega, lekarza lub wojownika? I trzeba też ogarnąć jaskinie, nory i inne mieszkania w Owadzim Lesie.
Zawróciłem po zaledwie kilkuminutowym spacerku na północ. Miałem przecież tyle rzeczy do zrobienia! Jak mogło mi się wydawać, że nie miałem co robić? Ciekawe, czy uda mi się dogonić Elan? Postanowiłem się więcej nad tym nie zastanawiać; popędziłem tylko w kierunku drzew.
>>> <<<
Razem z Uzdrowicielką nazbieraliśmy spore ilości mchu, a potem uprzątnęliśmy jej zimową grotę i część nor dla innych członków watahy. Największą z nich postanowiłem przeznaczyć dla Heroiki i gromadki szczeniaków, którymi się opiekowała. Ułożyłem tam jedno posłanie, a potem pobiegłem w stronę Wichrowych Wzgórz.
Zamierzałem zajrzeć do jaskini mojej przyszywanej matki i przyjrzeć się uważnie jej podopiecznym. Nie miałem kontaktu z dzieciakami od... całych wieków... Niewątpliwie należało nadrobić zaległości i przy okazji sprawdzić, czy ktoś się nie nadaje na zostanie uczniem.
>>> <<<
Godzinę później zakończyłem wizytę. Jedno ze szczeniąt, srebrzysta waderka nosząca imię Silfur, uznałem za gotowe do rozpoczęcia treningu. Teraz wystarczyło tylko znaleźć mentora i...
– Kaylay!? – zawołałem, widząc nie tak daleko ode mnie znajomą sylwetkę. Wilczyca spojrzała w moją stronę, ale nie zatrzymała się. Nie zastanawiając się, pobiegłem za nią.
<Kaylay?>
Odejście
0 | Skomentuj
Autor:
Hobbit Hommik
Watahę opuszcza Luna.
Powód: Decyzja właścicielki (brak weny na kontynuację postaci).
Etykiety:
Informacje
Odejście
0 | Skomentuj
Autor:
Hobbit Hommik
Dzisiaj opuszcza nas (ale nie duchem) Shairen.
Powód: Brak czasu.
Shairen i Hikaru zostają NPC.
Etykiety:
Informacje
Od Lily'ego do Cassie
0 | Skomentuj
Autor:
BiałyKieł56
Minęło trochę czasu i wilk powoli przyzwyczajał się do braku skrzydeł. Mimo że do dzisiaj nie dowiedział się, co się z nimi tak naprawdę stało. Do tego zauważył, że tak naprawdę za często ich nie używał. Jedynie tych oszpecających kikutów po skrzydłach warto się pozbyć. Basior znał jedną wilczycę, która mogłaby mu w tym pomóc.
Uzdrowicielka WKS Elan. Ile razy już odwiedził jej jaskinię z powodu rozmaitych ran, a może po prostu własnej nieostrożności podczas polowań?
Wolnym krokiem wyszedł z jaskini. Nie miał powodów do pośpiechu. Może poza tymi dziwnie ciemnymi chmurami na horyzoncie....
- Yesterday kazał przekazać, żebyś zrobił zwiad przy Rzece Leminga - powiedziała dosłownie na jednym oddechu biało-ruda Scarlet, całkiem niebrzydka wadera z całkiem długim stażem w watasze i także długim ogonem. Właśnie za takie wyskakiwanie z nikąd ją uwielbiał.
To jednak aż nadto wystarczyło, by Lily przestał wpatrywać się w chmury. Spojrzał jednak uważniej na Scarlet.
- Zwiad? - zapytał - A czy zwiady nie należą przypadkiem do T w o i c h obowiązków? Po co Yesterday mnie tam wysyła?
- Nie mam pojęcia - Zwiadowczyni wzruszyła tylko bezradnie ramionami - Chyba niepokoi go ta wroga wataha. Zaznaczał jednak, żebyś pod żadnym pozorem nie przekraczał brzegu rzeki.
- A jeśli to zrobię? - zasugerował Lily.
- Jakby to powiedzieć.... będziesz miał nieźle prze**bane, a jeśli uda ci się wrócić w jednym kawałku na tereny to w sumie wyjdzie na to samo.
Lily westchnął. Cassie gdzieś tam na drugiej stronie jest... a zaczyna mu powoli brakować tej gammy. Ale zakaz to zakaz.
- Cóż, w każdym razie życzę udanych łowów - odparł na pożegnanie, gdy zobaczył u niej łuk i kołczan wypakowany po brzegi strzałami - Powodzenia
Scarlet tylko coś cicho mruknęła w odpowiedzi (chociaż Lily był prawie pewny, że na jej pysku zagościł na moment lekki uśmiech), a po kilku chwilach basior został sam.
Czasem Lily miewał chęć rzucenia tego wszystkiego i wyniesienia się na południe. Nienawidził zimy. Nienawidził tego błota, które pojawiło się w zeszłym roku zimą zamiast oczywiście śniegu.
Chciał gdzieś pójść. Tylko dokąd, którędy? No i samotnie, czy jednak już zacząć szukać sobie towarzyszy.
Ale z drugiej strony coś go tu nadal trzymało, nawet sam nie był pewny, co. Obawa przed nieznanym? Czy może sentyment do watahy, bo niby co więcej? Nie miał tu j e s z c z e partnerki ani rodziny. Możliwe, że powodem była wroga wataha. Chociaż, czy zostawanie tutaj dla obrony terenów ma jakiś sens? Może powinien, jak Cassie, znaleźć sobie miejsce właśnie w tej watasze za Rzeką Leminga?
No tak. Rzeka Leminga. Miał przecież zrobić tam szybki zwiad granicy. I nie przekraczać jednocześnie naturalnej granicy z watahą zdolną do wypowiedzenia wojny w najmniej oczekiwanym momencie. Ale oczywiście i tak nie można wejść tam na chwilę i troszkę powęszyć.
Albo to Lily jest zbyt lekkomyślny, albo to może Yesterday zbyt ostrożny. Tak czy inaczej, na tego typu rozmyślaniach zeszła mu cała droga nad rzekę. Wreszcie mógł rozpocząć zwiad, jedynie przerywany czasem potknięciem się o jakiegoś śpiącego na glebie leminga.
W końcu Lily mógł już zająć się swoimi sprawami, gdyby nie.... drugi brzeg rzeki. Oszczędze wam dalszych przemyślań, dodam tylko, że basior ostatecznie dopłynął pieskiem do drugiego brzegu.
Oczywiście nie powinien tego robić, w końcu jest Betą, czyli nadal stanowiskiem niżej niż obecny Alfa i zdrowy rozsądek nakazywał zawrócić.
Ale ten oczywiście stwierdził, że jest mądrzejszy, nawet jeśli nie ma zbyt dużego doświadczenia w szpiegowaniu.
Kiedy nieco się zagłębił i zdał sobie sprawę, że nie czuje zapachu wilków, nagle coś skoczyło na niego. Po krótkiej szamotaninie Lily'emu udało się zrzucić przeciwnika z pleców i cofnąć się na dystans kilku metrów. Jego, a raczej jej pysk wyglądał znajomo....
- Tłumacz się natychmiast, co ty tutaj do jasnej cholery robisz? - warknęła Cassie, chowając go i siebie do krzaków - I co zrobiłeś ze skrzydłami?
- Przyszedłem pogadać. To nie zajmie dużo czasu, tylko jedno, góra dwa szybkie pytania.
Oryginalnie miał zamiar szpiegować. Ale to taki drobiazg.
- Żartujesz? Znikaj stąd szybko, zanim ktoś z mojej... obecnej watahy Cię namierzy i będę miała problemy.
Lily jeszcze raz na nią spojrzał. Nie miała już tak dużo blasku w oczach, jak ostatnio ją widział. Może to wina watahy, kto wie. I wygląda nieco gorzej. Ludzie nazywają to worami pod oczami... niemniej jednak możliwe że zaraz mu się oberwie jeśli źle zada pytanie.... w końcu Yester coś o tym wspominał, że jest niebezpieczna. Chociaż znał ją od bardzo dawna i nie wydawało mu się, by mogła mieć jakiś powód do zabicia go.
- Chodzi o Twoje wygnanie... - zaczął. Przy okazji powolnym krokiem szedł z powrotem nad Rzekę Leminga - Chciałbym usłyszeć Twoją wersję. I dlaczego nie chcesz wrócić?
Cassie wzięła głębszy oddech. Heh, może to jednak nie będzie pogadanka na pięć minut?
< Cassie? > Takie tam opko ; >
Uzdrowicielka WKS Elan. Ile razy już odwiedził jej jaskinię z powodu rozmaitych ran, a może po prostu własnej nieostrożności podczas polowań?
Wolnym krokiem wyszedł z jaskini. Nie miał powodów do pośpiechu. Może poza tymi dziwnie ciemnymi chmurami na horyzoncie....
- Yesterday kazał przekazać, żebyś zrobił zwiad przy Rzece Leminga - powiedziała dosłownie na jednym oddechu biało-ruda Scarlet, całkiem niebrzydka wadera z całkiem długim stażem w watasze i także długim ogonem. Właśnie za takie wyskakiwanie z nikąd ją uwielbiał.
To jednak aż nadto wystarczyło, by Lily przestał wpatrywać się w chmury. Spojrzał jednak uważniej na Scarlet.
- Zwiad? - zapytał - A czy zwiady nie należą przypadkiem do T w o i c h obowiązków? Po co Yesterday mnie tam wysyła?
- Nie mam pojęcia - Zwiadowczyni wzruszyła tylko bezradnie ramionami - Chyba niepokoi go ta wroga wataha. Zaznaczał jednak, żebyś pod żadnym pozorem nie przekraczał brzegu rzeki.
- A jeśli to zrobię? - zasugerował Lily.
- Jakby to powiedzieć.... będziesz miał nieźle prze**bane, a jeśli uda ci się wrócić w jednym kawałku na tereny to w sumie wyjdzie na to samo.
Lily westchnął. Cassie gdzieś tam na drugiej stronie jest... a zaczyna mu powoli brakować tej gammy. Ale zakaz to zakaz.
- Cóż, w każdym razie życzę udanych łowów - odparł na pożegnanie, gdy zobaczył u niej łuk i kołczan wypakowany po brzegi strzałami - Powodzenia
Scarlet tylko coś cicho mruknęła w odpowiedzi (chociaż Lily był prawie pewny, że na jej pysku zagościł na moment lekki uśmiech), a po kilku chwilach basior został sam.
Czasem Lily miewał chęć rzucenia tego wszystkiego i wyniesienia się na południe. Nienawidził zimy. Nienawidził tego błota, które pojawiło się w zeszłym roku zimą zamiast oczywiście śniegu.
Chciał gdzieś pójść. Tylko dokąd, którędy? No i samotnie, czy jednak już zacząć szukać sobie towarzyszy.
Ale z drugiej strony coś go tu nadal trzymało, nawet sam nie był pewny, co. Obawa przed nieznanym? Czy może sentyment do watahy, bo niby co więcej? Nie miał tu j e s z c z e partnerki ani rodziny. Możliwe, że powodem była wroga wataha. Chociaż, czy zostawanie tutaj dla obrony terenów ma jakiś sens? Może powinien, jak Cassie, znaleźć sobie miejsce właśnie w tej watasze za Rzeką Leminga?
No tak. Rzeka Leminga. Miał przecież zrobić tam szybki zwiad granicy. I nie przekraczać jednocześnie naturalnej granicy z watahą zdolną do wypowiedzenia wojny w najmniej oczekiwanym momencie. Ale oczywiście i tak nie można wejść tam na chwilę i troszkę powęszyć.
Albo to Lily jest zbyt lekkomyślny, albo to może Yesterday zbyt ostrożny. Tak czy inaczej, na tego typu rozmyślaniach zeszła mu cała droga nad rzekę. Wreszcie mógł rozpocząć zwiad, jedynie przerywany czasem potknięciem się o jakiegoś śpiącego na glebie leminga.
W końcu Lily mógł już zająć się swoimi sprawami, gdyby nie.... drugi brzeg rzeki. Oszczędze wam dalszych przemyślań, dodam tylko, że basior ostatecznie dopłynął pieskiem do drugiego brzegu.
Oczywiście nie powinien tego robić, w końcu jest Betą, czyli nadal stanowiskiem niżej niż obecny Alfa i zdrowy rozsądek nakazywał zawrócić.
Ale ten oczywiście stwierdził, że jest mądrzejszy, nawet jeśli nie ma zbyt dużego doświadczenia w szpiegowaniu.
Kiedy nieco się zagłębił i zdał sobie sprawę, że nie czuje zapachu wilków, nagle coś skoczyło na niego. Po krótkiej szamotaninie Lily'emu udało się zrzucić przeciwnika z pleców i cofnąć się na dystans kilku metrów. Jego, a raczej jej pysk wyglądał znajomo....
- Tłumacz się natychmiast, co ty tutaj do jasnej cholery robisz? - warknęła Cassie, chowając go i siebie do krzaków - I co zrobiłeś ze skrzydłami?
- Przyszedłem pogadać. To nie zajmie dużo czasu, tylko jedno, góra dwa szybkie pytania.
Oryginalnie miał zamiar szpiegować. Ale to taki drobiazg.
- Żartujesz? Znikaj stąd szybko, zanim ktoś z mojej... obecnej watahy Cię namierzy i będę miała problemy.
Lily jeszcze raz na nią spojrzał. Nie miała już tak dużo blasku w oczach, jak ostatnio ją widział. Może to wina watahy, kto wie. I wygląda nieco gorzej. Ludzie nazywają to worami pod oczami... niemniej jednak możliwe że zaraz mu się oberwie jeśli źle zada pytanie.... w końcu Yester coś o tym wspominał, że jest niebezpieczna. Chociaż znał ją od bardzo dawna i nie wydawało mu się, by mogła mieć jakiś powód do zabicia go.
- Chodzi o Twoje wygnanie... - zaczął. Przy okazji powolnym krokiem szedł z powrotem nad Rzekę Leminga - Chciałbym usłyszeć Twoją wersję. I dlaczego nie chcesz wrócić?
Cassie wzięła głębszy oddech. Heh, może to jednak nie będzie pogadanka na pięć minut?
< Cassie? > Takie tam opko ; >
Od Prascanny CD Yesterday'a
0 | Skomentuj
Autor:
Dobermanka
-Masz rację ta umiejętności by się przydała- powiedziałam patrząc na basiora - pomogę Ci się tego nauczyć, nie jest to łatwe ale możliwe do nauczenia - powiedziałam i usiadłam przed alfą i spojrzałam mu prosto w oczy.
-Dobrze więc mnie naucz- powiedział i usiadł na przeciwko mnie
- więc tak: skup się staraj się nie myśleć o niczym oczyść umysł, kiedy to zrobisz odpychaj z całej siły a je będę próbowała czytać ci w myślech, jeśli uda Ci się odeprzeć atak wypróbuj inną metodę którą ciężko odeprzeć- wytłumaczyłam wilkiowi który słuchał uważnie
-Więc próbujemy- powiedział i skupił się na własnych myślach i robił to co mu kazałam, czekałam chwilę aby miał czas się skupić i po tym czasie zaczęłam czytać mu w muślach, stawiał lekki opór ale udało mi się myślał o tym abym nie weszła mu do umysłu.
-Dobrze ale udało mi się wejść więc próbujemy drugi raz- powiedziałam uśmiechając się do Yesterday'a
-Będziemy próbować do skutku - stwierdził i dalej próbował się bronić. Próbowaliśmy tak jeszcze kilka raz aż w końcu udało mu się odeprzeć mój atak.
-Świetnie- odparłam z uśmiechem
-Tak w końcu się udało - stwierdził z uśmiechem
-Teraz ten drugi sposób- powiedziałam i spojrzałam prosto w oczy wilkowi.
-Jestem gotowy - powiedział i spojrzał mi w oczy.
Zamknełam oczy na chwilę po czym je otworzyłam i położyłam łapę na sercu wilka i moje oczy zaczęły świecić bielą po chwili byłam w umyśle Yesterday'a widziałam wszystkie jego myśli i wszystkie wspomnienie, po chwili wyszłam z jego umysłu.
-Przed tą metodą nie musisz umieć się bronić wystarczy, że nikt cię nie dotknie a przed tą pierwszą umiesz się bronić- oznajmiłam patrząc z uśmiechem na wilka.
-Dobrze- odpowiedział a ja się tylko uśmiechnęłam. Wróciły myśli czy powiedzieć mu, że go kocham czy nie. Jeśli mu nie powiem będę się z tym męczyć do końca życia i mieć wyżuty sumienia, że mu nie powiedziałam, a jeśli powiem i on nie czuje tego co ja co wtedy? Tyle razem przeszliśmy, nie wiem no nie wiem.
-Cieszę się, że mogłam to przeżyć z tobą a nie z kimś innym nikt inny nie postąpił by tak i by mnie nie ratował a ty mnie ratowałeś- powiedziałam i już miałam mu powiedzieć ale się zawachałam
-Tyle razem przeżyliśmy... - zaczęłam ale bałam się powiedzieć co czuje po prostu strach mnie paraliżował.
<Yesterday? >
-Dobrze więc mnie naucz- powiedział i usiadł na przeciwko mnie
- więc tak: skup się staraj się nie myśleć o niczym oczyść umysł, kiedy to zrobisz odpychaj z całej siły a je będę próbowała czytać ci w myślech, jeśli uda Ci się odeprzeć atak wypróbuj inną metodę którą ciężko odeprzeć- wytłumaczyłam wilkiowi który słuchał uważnie
-Więc próbujemy- powiedział i skupił się na własnych myślach i robił to co mu kazałam, czekałam chwilę aby miał czas się skupić i po tym czasie zaczęłam czytać mu w muślach, stawiał lekki opór ale udało mi się myślał o tym abym nie weszła mu do umysłu.
-Dobrze ale udało mi się wejść więc próbujemy drugi raz- powiedziałam uśmiechając się do Yesterday'a
-Będziemy próbować do skutku - stwierdził i dalej próbował się bronić. Próbowaliśmy tak jeszcze kilka raz aż w końcu udało mu się odeprzeć mój atak.
-Świetnie- odparłam z uśmiechem
-Tak w końcu się udało - stwierdził z uśmiechem
-Teraz ten drugi sposób- powiedziałam i spojrzałam prosto w oczy wilkowi.
-Jestem gotowy - powiedział i spojrzał mi w oczy.
Zamknełam oczy na chwilę po czym je otworzyłam i położyłam łapę na sercu wilka i moje oczy zaczęły świecić bielą po chwili byłam w umyśle Yesterday'a widziałam wszystkie jego myśli i wszystkie wspomnienie, po chwili wyszłam z jego umysłu.
-Przed tą metodą nie musisz umieć się bronić wystarczy, że nikt cię nie dotknie a przed tą pierwszą umiesz się bronić- oznajmiłam patrząc z uśmiechem na wilka.
-Dobrze- odpowiedział a ja się tylko uśmiechnęłam. Wróciły myśli czy powiedzieć mu, że go kocham czy nie. Jeśli mu nie powiem będę się z tym męczyć do końca życia i mieć wyżuty sumienia, że mu nie powiedziałam, a jeśli powiem i on nie czuje tego co ja co wtedy? Tyle razem przeszliśmy, nie wiem no nie wiem.
-Cieszę się, że mogłam to przeżyć z tobą a nie z kimś innym nikt inny nie postąpił by tak i by mnie nie ratował a ty mnie ratowałeś- powiedziałam i już miałam mu powiedzieć ale się zawachałam
-Tyle razem przeżyliśmy... - zaczęłam ale bałam się powiedzieć co czuje po prostu strach mnie paraliżował.
<Yesterday? >
Od Yesterday'a CD. Prascanny
0 | Skomentuj
Autor:
Hobbit Hommik
– W porządku – odpowiedziałem krótko. Po czym po chwili dodałem: – Ja... również dziękuję. I też się cieszę.
Nareszcie byłem bezpieczny. Najedzony. Odpoczywałem. Żyłem. Prascanna żyła. I chwilowo nie musiałem się niczym martwić - ani sprawami osobistymi, ani problemami watahy. Co prawda Kiba ciągle nie zostało pokonana, ale w tamtej chwili nie miało to znaczenia - nie była w stanie nam zagrozić, porwana nie wiadomo gdzie przez wodę.
– C-co teraz? – zapytała moja towarzyszka po chwili milczenia. Nasze spojrzenia spotkały się.
– Spójrz – powiedziałem, wskazując łapą niebo. W oddali, gdzie błękit wciąż zasłaniały stalowoszare obłoki, widoczny był wielokolorowy łuk. Tęcza. – Rozkoszuj się chwilą. Podziwiaj to, co dało ci życie. Zapamiętaj ten moment.
Nie wiadomo, czy dane nam będzie ujrzeć kiedyś coś podobnego – dodałem jeszcze w myślach. Odganiałem się od ponurych wizji przyszłości jak mogłem, ale nie powstrzymałem ich na tyle, by nie czuć w głębi serca niepokoju. Co jeśli znany nam świat się kończy, a za niedługo przyjdzie zupełnie nowa, gorsza era? Jeśli... Kiba nas zaatakuje, a my jej nie powstrzymamy?
Day, Day, Day... miałeś być pozytywny, prawda? Chociaż przez chwilę...
– Coś cię martwi? – przerwała ciszę Prascanna. Zupełnie zapomniałem, że medyczka potrafi czytać w myślach.
– Tak. Sprawy... Alfy – odparłem wymijająco, starając się ukryć swoje myśli, zastanawiając się nad sensem istnienia różowych balonów. Swoją drogą, może mam jakieś predyspozycje do ochrony swojego umysłu? A gdyby tak to sprawdzić?
– Prascanno?
– Mhm...?
– Czy... możesz spróbować czytać mi teraz w myślach?
Bladoróżowa wilczyca otworzyła oczy ze zdumienia, ale po chwili skinęła głową. Oboje podnieśliśmy się i usiedliśmy naprzeciw siebie. Wpatrywałem się w oczy towarzyszki, skupiony jednocześnie na utworzeniu jakiejś niewidzialnej bariery wokół moich myśli. Nagle poczułem w głowie czyjąś obecność... Ze wszystkich sił skupiłem się na wypchnięciu jej ze świadomości. Nie udało się, Prascanna sama ustąpiła.
– Czy ty się... broniłeś? – zapytała, nieco zaskoczona.
– No... tak... próbowałem. Ta umiejętność mogłaby się przydać, kie... – przerwałem, zdając sobie sprawę, że już i tak powiedziałem zbyt wiele. Nie chciałem na nikogo zrzucać moich obowiązków, odpowiedzialności i problemów, w szczególności, jeśli w hierarchii był jedynie Omegą...
– Kiedy co? – moja towarzyszka niestety zdążyła się zainteresować tematem.
– No cóż... – zacząłem, zastanawiając się, jak najlepiej ubrać myśli w słowa. – Nasza sytuacja ostatnimi czasy jest... niezbyt dobra. Jesteśmy mało liczebni, nadchodzi zima... No i jeszcze Kiba się przyplątała... Pomyślałem, że ochrona umysłu może się przydać w trakcie ewentualnego ataku.
<Prascanna?>
Nareszcie byłem bezpieczny. Najedzony. Odpoczywałem. Żyłem. Prascanna żyła. I chwilowo nie musiałem się niczym martwić - ani sprawami osobistymi, ani problemami watahy. Co prawda Kiba ciągle nie zostało pokonana, ale w tamtej chwili nie miało to znaczenia - nie była w stanie nam zagrozić, porwana nie wiadomo gdzie przez wodę.
– C-co teraz? – zapytała moja towarzyszka po chwili milczenia. Nasze spojrzenia spotkały się.
– Spójrz – powiedziałem, wskazując łapą niebo. W oddali, gdzie błękit wciąż zasłaniały stalowoszare obłoki, widoczny był wielokolorowy łuk. Tęcza. – Rozkoszuj się chwilą. Podziwiaj to, co dało ci życie. Zapamiętaj ten moment.
Nie wiadomo, czy dane nam będzie ujrzeć kiedyś coś podobnego – dodałem jeszcze w myślach. Odganiałem się od ponurych wizji przyszłości jak mogłem, ale nie powstrzymałem ich na tyle, by nie czuć w głębi serca niepokoju. Co jeśli znany nam świat się kończy, a za niedługo przyjdzie zupełnie nowa, gorsza era? Jeśli... Kiba nas zaatakuje, a my jej nie powstrzymamy?
Day, Day, Day... miałeś być pozytywny, prawda? Chociaż przez chwilę...
– Coś cię martwi? – przerwała ciszę Prascanna. Zupełnie zapomniałem, że medyczka potrafi czytać w myślach.
– Tak. Sprawy... Alfy – odparłem wymijająco, starając się ukryć swoje myśli, zastanawiając się nad sensem istnienia różowych balonów. Swoją drogą, może mam jakieś predyspozycje do ochrony swojego umysłu? A gdyby tak to sprawdzić?
– Prascanno?
– Mhm...?
– Czy... możesz spróbować czytać mi teraz w myślach?
Bladoróżowa wilczyca otworzyła oczy ze zdumienia, ale po chwili skinęła głową. Oboje podnieśliśmy się i usiedliśmy naprzeciw siebie. Wpatrywałem się w oczy towarzyszki, skupiony jednocześnie na utworzeniu jakiejś niewidzialnej bariery wokół moich myśli. Nagle poczułem w głowie czyjąś obecność... Ze wszystkich sił skupiłem się na wypchnięciu jej ze świadomości. Nie udało się, Prascanna sama ustąpiła.
– Czy ty się... broniłeś? – zapytała, nieco zaskoczona.
– No... tak... próbowałem. Ta umiejętność mogłaby się przydać, kie... – przerwałem, zdając sobie sprawę, że już i tak powiedziałem zbyt wiele. Nie chciałem na nikogo zrzucać moich obowiązków, odpowiedzialności i problemów, w szczególności, jeśli w hierarchii był jedynie Omegą...
– Kiedy co? – moja towarzyszka niestety zdążyła się zainteresować tematem.
– No cóż... – zacząłem, zastanawiając się, jak najlepiej ubrać myśli w słowa. – Nasza sytuacja ostatnimi czasy jest... niezbyt dobra. Jesteśmy mało liczebni, nadchodzi zima... No i jeszcze Kiba się przyplątała... Pomyślałem, że ochrona umysłu może się przydać w trakcie ewentualnego ataku.
<Prascanna?>
Od Kaylay C.D Yesterday
0 | Skomentuj
Autor:
Mila
Siedziałam zamknięta w jaskini z dwoma wilkami. "A jeśli.." "A jeśli coś im zrobię? Chociażby nieświadomie" te myśli ciągle chodziły mi po głowie. Nie chciałam si# jako tako odzywać. W takich momentach, nawet teraz, najchętniej wyszłabym na śnieżycę, aby mieć pewność, że nikomu nic nie zrobię."Nikt nie wie co czuję, to mnie jedynie ratuje." -ciągle myślałam gapiąc się na śnieg. Pod moją łapą pojawił się lód, który się powoli rozprzestrzeniał. Gdy to zauważyłam, podniosłam ją, a on powoli zaczął znikać.
-Znowu to samo-burknęłam pod nosem
-Coś się stało?-spytała wadera.
Popatrzyłam się na nią szyderczo i znów się odwróciłam. Wspominałam jak szukałam watahy.Moja podróź trwała juź około miesiąca, do tej pory caĺy czas oswajam się z nieopanowaną furią. Nikt jeszcze o tym nie wie. Raczej nie chcę się chwalić swoimi problemami. Od kąd dołączyłam, czyli podczas kilku dni,zbytnio nic się nie wydarzyło. Dni ciągły się, długa wędrówka przerywana jedynie na polowanie i sen. Pocieszeniem było to, że podszkoliłam swoje umiejętności: szybkość, wytrzymałość i chodzenie po drzewach (wszystko przez nude). To wszystko jedynie przez moją wędruwkę, ale wróćmy do rzeczy.
-Śnieg jeszcze pada, lecz już mniej. Może już pójdziemy, co?-spytał Alfa.
-W końcu.
-No ty my będziemy lecieć, chcesz iść z nami?-spytał wadery.
-Może zaraz do was dołączę-odpowiedziała
-będziemy gdzieś nie daleko.
Wyszliśmy z jaskini. Odetchnęłam z ulgą. Poszliśmy przed siebie. Wilki z którymi jak dotąd się spotkałam była bardzo miłe, co było dla mnie czymś nowym. Zatrzymaliśmy się ponieważ zielonkawa wadera szła już za nami. Doszliśmy powolnym krokiem prawie pod las. Coś mnie tknęło i nie mogłam iść dalej. Zatrzymałam się.
-Kaylay?-powiedział basior. Wadera się na niego popatrzyła.
Stałam przez chwilę jak słup, gapiąc się nawet nie mrugając między Yesterday'a a waderę. Oczy mi się zaświeciły.
-Szaman... -powiedziałam przypominając sobie coś przykrego.
Pobiegłam w drugą stronę. Mimo jeszcze trochę padającego śniegu było widać ciągnącą się za mną zieloną aurę świetlną z moich oczu.
-Zaczekaj!-powiedziała Elan
(Yesterday?)
-Znowu to samo-burknęłam pod nosem
-Coś się stało?-spytała wadera.
Popatrzyłam się na nią szyderczo i znów się odwróciłam. Wspominałam jak szukałam watahy.Moja podróź trwała juź około miesiąca, do tej pory caĺy czas oswajam się z nieopanowaną furią. Nikt jeszcze o tym nie wie. Raczej nie chcę się chwalić swoimi problemami. Od kąd dołączyłam, czyli podczas kilku dni,zbytnio nic się nie wydarzyło. Dni ciągły się, długa wędrówka przerywana jedynie na polowanie i sen. Pocieszeniem było to, że podszkoliłam swoje umiejętności: szybkość, wytrzymałość i chodzenie po drzewach (wszystko przez nude). To wszystko jedynie przez moją wędruwkę, ale wróćmy do rzeczy.
-Śnieg jeszcze pada, lecz już mniej. Może już pójdziemy, co?-spytał Alfa.
-W końcu.
-No ty my będziemy lecieć, chcesz iść z nami?-spytał wadery.
-Może zaraz do was dołączę-odpowiedziała
-będziemy gdzieś nie daleko.
Wyszliśmy z jaskini. Odetchnęłam z ulgą. Poszliśmy przed siebie. Wilki z którymi jak dotąd się spotkałam była bardzo miłe, co było dla mnie czymś nowym. Zatrzymaliśmy się ponieważ zielonkawa wadera szła już za nami. Doszliśmy powolnym krokiem prawie pod las. Coś mnie tknęło i nie mogłam iść dalej. Zatrzymałam się.
-Kaylay?-powiedział basior. Wadera się na niego popatrzyła.
Stałam przez chwilę jak słup, gapiąc się nawet nie mrugając między Yesterday'a a waderę. Oczy mi się zaświeciły.
-Szaman... -powiedziałam przypominając sobie coś przykrego.
Pobiegłam w drugą stronę. Mimo jeszcze trochę padającego śniegu było widać ciągnącą się za mną zieloną aurę świetlną z moich oczu.
-Zaczekaj!-powiedziała Elan
(Yesterday?)
Od Yesterday'a CD. Kaylay
0 | Skomentuj
Autor:
Hobbit Hommik
Nie podobały mi się tamte chmury. Były zdecydowanie zbyt szybkie i zbyt... dziwne. Co prawda należę do fanów nietypowych rzeczy, ale owe ciemne obłoki budziły we mnie jakiś lęk i przeczucie, że ich pojawienie się nie wróży nic dobrego. Dobrze, że Kaylay w końcu zgodziła się uciekać. Mój już i tak nienajlepszy stan psychiczny podupadłby jeszcze bardziej, gdyby coś się jej stało. Albo komukolwiek innemu należącemu do watahy.
Popędziliśmy przed siebie, uciekając przed zbliżającymi się coraz bardziej chmurami. Zastanawiałem się, co ten pomysł właściwie mi dawał - niby utrzymywałem jakiś dystans między sobą a dziwnym zjawiskiem pogodowym, ale przecież wkrótce i tak będę musiał się gdzieś schronić, a wraz ze mną Kaylay. Może lepiej było pozwolić zostać jej w jaskini...
– Gdzie my tak właściwie biegniemy? – krzyknęła Kaylay. Wiatr, obecny już wcześniej, zaczął się nasilać. Ja również musiałem podnieść głos, by towarzysząca mi wilczyca była w stanie mnie usłyszeć.
– Nie mam pojęcia! – przyznałem zgodnie z prawdą. – Dobrze by było schronić się u Elan, to nasza Uzdrowicielka! Zna się też trochę na czarach.
Kaylay tylko kiwnęła głową, nie chcąc tracić cennej energii na odpowiadanie.
>>> <<<
Do jaskini Elan wpadliśmy dosłownie w ostatniej chwili. Kilka sekund po schronieniu się w grocie na dworze rozszalała się niespotykana w tych okolicach i o tej porze nawałnica. Zielonkawa wilczyca nie odezwała się słowem na temat naszego niespodziewanego przybycia - dobrze wiedziała, jak niebezpiecznie było teraz na zewnątrz. Od szalejących zjawisk pogodowych chroniło nas pole siłowe.
– Skoro już tu jesteście – mruknęła Elan po chwili. – To posprzątajcie te stare opatrunki, dobrze?
Kiwnąłem głową. Kaylay cofnęła się niepewnie o krok, nie tyle z niechęci, co... z zaniepokojenia? Przerażenia? Zaskoczyło mnie to, ale nic nie powiedziałem. Wilczyca była nowa, niewątpliwie kryła wiele tajemnic... Może ma jakąś fobię? Albo... sam nie wiem co...
– Znasz już Kaylay? – zapytałem Uzdrowicielkę, podając jej pozbierane chwilę wcześniej opatrunki. Nowa członkini watahy siedziała przy ścianie, tuż przy polu siłowym i oglądała szalejącą pogodę.
– Nie. Pierwszy raz ją widzę – odparła Elan, przyglądając się uważnie ciemnej waderze. Ta, czując, że jest obserwowana, odwróciła głowę i zaszczyciła moją zieloną towarzyszkę chłodnym spojrzeniem. Zaraz potem wróciła do przerwanego zajęcia.
– Mnie również miło poznać – burknęła cicho Uzdrowicielka. – Swoją drogą, widziałeś już kiedyś takie coś? – Wskazała łapą wyjście z groty.
– Nigdy. Niepokoi mnie ta pogoda. Jest taka... nienaturalna.
– Myślisz, że to... sprawka Kiby? – Elan mocno ściszyła głos.
– Nie wiem – odpowiedziałem również szeptem. – Ale to bardzo prawdopodobne...
<Kaylay?>
Popędziliśmy przed siebie, uciekając przed zbliżającymi się coraz bardziej chmurami. Zastanawiałem się, co ten pomysł właściwie mi dawał - niby utrzymywałem jakiś dystans między sobą a dziwnym zjawiskiem pogodowym, ale przecież wkrótce i tak będę musiał się gdzieś schronić, a wraz ze mną Kaylay. Może lepiej było pozwolić zostać jej w jaskini...
– Gdzie my tak właściwie biegniemy? – krzyknęła Kaylay. Wiatr, obecny już wcześniej, zaczął się nasilać. Ja również musiałem podnieść głos, by towarzysząca mi wilczyca była w stanie mnie usłyszeć.
– Nie mam pojęcia! – przyznałem zgodnie z prawdą. – Dobrze by było schronić się u Elan, to nasza Uzdrowicielka! Zna się też trochę na czarach.
Kaylay tylko kiwnęła głową, nie chcąc tracić cennej energii na odpowiadanie.
>>> <<<
Do jaskini Elan wpadliśmy dosłownie w ostatniej chwili. Kilka sekund po schronieniu się w grocie na dworze rozszalała się niespotykana w tych okolicach i o tej porze nawałnica. Zielonkawa wilczyca nie odezwała się słowem na temat naszego niespodziewanego przybycia - dobrze wiedziała, jak niebezpiecznie było teraz na zewnątrz. Od szalejących zjawisk pogodowych chroniło nas pole siłowe.
– Skoro już tu jesteście – mruknęła Elan po chwili. – To posprzątajcie te stare opatrunki, dobrze?
Kiwnąłem głową. Kaylay cofnęła się niepewnie o krok, nie tyle z niechęci, co... z zaniepokojenia? Przerażenia? Zaskoczyło mnie to, ale nic nie powiedziałem. Wilczyca była nowa, niewątpliwie kryła wiele tajemnic... Może ma jakąś fobię? Albo... sam nie wiem co...
– Znasz już Kaylay? – zapytałem Uzdrowicielkę, podając jej pozbierane chwilę wcześniej opatrunki. Nowa członkini watahy siedziała przy ścianie, tuż przy polu siłowym i oglądała szalejącą pogodę.
– Nie. Pierwszy raz ją widzę – odparła Elan, przyglądając się uważnie ciemnej waderze. Ta, czując, że jest obserwowana, odwróciła głowę i zaszczyciła moją zieloną towarzyszkę chłodnym spojrzeniem. Zaraz potem wróciła do przerwanego zajęcia.
– Mnie również miło poznać – burknęła cicho Uzdrowicielka. – Swoją drogą, widziałeś już kiedyś takie coś? – Wskazała łapą wyjście z groty.
– Nigdy. Niepokoi mnie ta pogoda. Jest taka... nienaturalna.
– Myślisz, że to... sprawka Kiby? – Elan mocno ściszyła głos.
– Nie wiem – odpowiedziałem również szeptem. – Ale to bardzo prawdopodobne...
<Kaylay?>
Od Prascanny CD Yesterday'a
0 | Skomentuj
Autor:
Dobermanka
Fale rzucał mną o ściany co chwilę byłam pod wodą tak jak Yesterday. Żywioł męczył nas tak przez kilka minut kiedy fale opadły leżeliśmy na brzegu. Usiadłam i zaczęłam odkaszliwać wodę która dostała się do płuc kiedy byłam pod wodą. Yesterday po chwili leżenia wstał i otrzepał się z wody, pobiegłam do niego i mocno przytuliłam.
-Jak ja się cieszę, że nic Ci nie jest - powiedziałam i tuliłam go mocno
-Też się cieszę, że żyjemy - odpowiedział basior i przestałam go tulić
-Trzeba szukać wyjścia - powiedziałam rozglądając się do okoła
-Tak-odparł i uniósł nos w górę i zaczął węszyć - czuję renifery - powiedział i zaczął biec za tropem a ja biegłam za nim. Podczas biegu myślałam o tym co tam przeszliśmy i czy powiedzieć mu co czuję, bieg upłynął mi na myśleniu czy powiedzieć co czuje czy nie. Za nim się namyśliłam oślepiły nas promienie słońca. W końcu znaleźliśmy wyjście. Byliśmy w wichrowych wzgórzach.
- Jak dobrze być tu- powiedziałam z uśmiechem patrząc na wzgórza
-Tak-odparł stojący obok mnie basior
-Ale co z tą waderą ona tak łatwo nie odpuści- powiedziałam lekko zmartwiona
-Musimy poinformować resztę watahy- powiedział z powagą
-Ale teraz cieszmy się chwilą- powiedziałam i przewróciła wilka i razem sturlaliśmy się że wzgórza. Byliśmy już na samym dole wstałam i powiedziałam.
-Upolujmy coś, padam z głodu - oznajmiłam
- Dobrze, upolujmy tamtego renifera- powiedział i wskazał na zwierzę które po chwili leżało martwe a my je jedliśmy. W mojej głowie cały czas krążyła myśl czy mu powiedzieć. Kiedy zjedliśmy rena położyliśmy się na trawie i patrzyliśmy w chmury.
-Cieszę się, że wyszliśmy z tego cali i że przeżyłam to z tobą, gdyby nie ty pewnie bym tam zginęła i dziękuję Ci za wszystko co dla mnie zrobiłeś - powiedziałam patrząc na Yesterday'a miałam ochotę już mu powiedzieć ale strach mnie paralużował.
<Yesterday(bardzo bardzo cię przepraszam, że tyle to trwało przepraszam) >
-Jak ja się cieszę, że nic Ci nie jest - powiedziałam i tuliłam go mocno
-Też się cieszę, że żyjemy - odpowiedział basior i przestałam go tulić
-Trzeba szukać wyjścia - powiedziałam rozglądając się do okoła
-Tak-odparł i uniósł nos w górę i zaczął węszyć - czuję renifery - powiedział i zaczął biec za tropem a ja biegłam za nim. Podczas biegu myślałam o tym co tam przeszliśmy i czy powiedzieć mu co czuję, bieg upłynął mi na myśleniu czy powiedzieć co czuje czy nie. Za nim się namyśliłam oślepiły nas promienie słońca. W końcu znaleźliśmy wyjście. Byliśmy w wichrowych wzgórzach.
- Jak dobrze być tu- powiedziałam z uśmiechem patrząc na wzgórza
-Tak-odparł stojący obok mnie basior
-Ale co z tą waderą ona tak łatwo nie odpuści- powiedziałam lekko zmartwiona
-Musimy poinformować resztę watahy- powiedział z powagą
-Ale teraz cieszmy się chwilą- powiedziałam i przewróciła wilka i razem sturlaliśmy się że wzgórza. Byliśmy już na samym dole wstałam i powiedziałam.
-Upolujmy coś, padam z głodu - oznajmiłam
- Dobrze, upolujmy tamtego renifera- powiedział i wskazał na zwierzę które po chwili leżało martwe a my je jedliśmy. W mojej głowie cały czas krążyła myśl czy mu powiedzieć. Kiedy zjedliśmy rena położyliśmy się na trawie i patrzyliśmy w chmury.
-Cieszę się, że wyszliśmy z tego cali i że przeżyłam to z tobą, gdyby nie ty pewnie bym tam zginęła i dziękuję Ci za wszystko co dla mnie zrobiłeś - powiedziałam patrząc na Yesterday'a miałam ochotę już mu powiedzieć ale strach mnie paralużował.
<Yesterday(bardzo bardzo cię przepraszam, że tyle to trwało przepraszam) >
Od Lily'ego - Szczeniak z Mokradeł 2/2
0 | Skomentuj
Autor:
BiałyKieł56
- Skąd go wytrzasnąłeś? - zapytała Heroika,
odbierając od basiora szarego szczeniaka i kładąc go na reniferowym futrze.
Mały nadal trząsł się z zimna, ale nie był już tak wystraszony co wcześniej.
- Znalazłem go na Mglistych Mokradłach. Zajmiesz
się nim?
- Oczywiście. Biedne maleństwo - Starsza wilczyca
westchnęła ciężko i pokuśtykała w głąb jaskini ze szczeniakiem w pysku. Potem
zawinęła go w jeszcze jedno futro. - Jest wycieńczony i zszokowany. Mówił
wcześniej cokolwiek?
- Nic a nic. Czy mogę jeszcze jakoś pomóc?
- Kończy mi się jedzenie. Gdybyś mógł tylko coś
nam szybko upolować, lub wysłać kogoś….
Kilka innych szczeniaków dotoczyło się do szarego,
ale Heroika przegoniła je warknięciem. Te uciekły z prędkością światła,
przewracając się o siebie nawzajem.
- Oczywiście - przytaknął Lily i ruszył do wyjścia
z jaskini.
Właściwie to wolał już kogoś wysłać na polowanie,
gdyż od dawna nie spał, ale jak na złość wszyscy gdzieś poznikali. Napotkał
jedynie Altair, jednak ona też coś do załatwienia.
- Gdzie właściwie idziesz? - zapytał ją.
- Później ci powiem - Czarna wadera wyminęła go i
gdzieś pobiegła.
Było już prawie ciemno. Musiało się coś wydarzyć w
watasze, a może… no dobra, nie czas teraz na przemyślenia co Altair robi w
tajdze nocą. Trzeba ogarnąć jedzenie dla Heroiki i jej podopiecznych.
Postanowił udać się do Owadziego Lasu po jakiegoś
renifera lub królika. Kiedy tam nic nie znalazł, pobiegł nad Rzekę Leminga.
Dopiero tam udało mu się złapać kilka lemingów (z czego trochę sam zjadł) i
mógł już wrócić do jaskini Heroiki.
- Czemu tak długo? - mruknęła starsza, a potem
momentalnie odskoczyła, ponieważ przybiegła grupka jej przybranych szczeniaków
i usiłowała wyrwać Lily’emu martwe lemingi z pyska, on jednak zdołał jakoś
dopchać się do szarego szczeniaka, którego zabrał z Mglistych Mokradeł. Położył
przed nim dwa z upolowanych gryzoni, a resztę oddał pozostałym.
Wychudzony szczeniak spojrzał zdziwiony na martwe
lemingi.
- No jedz, to dla ciebie – powiedział Lily,
przysuwając mu lemingi jeszcze bliżej.
Młody jeszcze chwilę się wahał, a potem zaczął
łapczywie pożerać posiłek. Zajął miejsce obok niego, pilnując, żeby inne
szczeniaki nie ukradły j e g o szczeniakowi lemingów.
- Dzięki… - wydusił mały tylko, kiedy skończył
jeść i ziewając, położył się na futrzanym dywanie.
- Jedno pytanie: jak znalazłeś się na Mglistych
Mokradłach?
Szczeniaczek jednak nie odpowiedział, a jedynie
zmienił się w kulkę, co mogło wskazywać na to, że może nie wiedzieć. Albo też nie
chce mówić….
- Dałbyś mu trochę odpocząć - wtrąciła Heroika,
która nagle wyrosła spod ziemi – Widzisz jaki jest zmęczony. I tak jeszcze Elan
musi go jutro zbadać, czy może żadnej choroby nie złapał…. A co do tego, kim
jest, dowiemy się w swoim czasie. Z drugiej strony, jakim zwyrodnialcem trzeba
być, żeby pozostawić szczenię na Mglistych Mokradłach…
- Ta - Lily wstał, a jego pysk przybrał
poważniejszy wyraz - Myślę, że mógł tam spędzić jeszcze przynajmniej jedną noc.
Może dlatego jest taki małomówny? Wiesz pewnie jakie są szczeniaki w jego wieku?
- dodał, wskazując ogonem na tarzające się po ziemi osierocone szczeniaki.
- One też na początku takie były. Jednak w jednym
się mylisz: przecież nikt nie wraca z nocnych wypadów na Mgliste Mokradła.
A jednak….
- Co do tego nie można mieć pewności - Lily powoli
szedł do wyjścia, uważając, by nie zdeptać żadnego ze szczeniąt - Muszę już iść,
do zobaczenia, Heroiko.
- Jeszcze jedno…. - Starsza wadera dogoniła go
przy wyjściu - Nie chcesz czasem szkolić kogoś na wojownika? Mogę dać ci tego
szarego, jak trochę podrośnie.
- Niech będzie - zgodził się Lily - Mało mamy wojowników.
C.D.N.N (Ciąg Dalszy Nie Nastąpi)
Od Kaylay C.D Yesterday
0 | Skomentuj
Autor:
Mila
Byłam lekko rozczarowana wieścią że znowu muszę szukać sobie dogodnego miejsca z dala od innych.
-Skoro specjalnie na zimię mamy się przeprowadzać, to już nie lepiej byłoby zamieszkać na stałe w lesie?-spytałam
-No wiesz... w lato w milej jest w Tundrze niż w Tajdze. Kiedy minie ta zima znów będziesz mogła wrócić do swojej jaskini w Tundrze, a kolejnymi zimami w Tajdze.
-Dobrze, niech będzie.-odwróciłam się i nadal gapiłam się w dal.
-Jeśli mogę się spytać..-odezwał się basior
-Tak?
-Twój ogon nie był cały czarny?
-Owszem, był. Na zimę moje futro zmienia ubarwienie.
Nastało milczenie. W końcu basior usiadł za mną nie chcąc mi przeszkadzać.
-Zwiedziłaś już watahę
-Nie...
te słowa odbijały mi się w głowie.-"co ja robię?!"-pomyślałam mrużąc lekko oczy.
-Nie podoba mi się to-mruknęłam pod nosem.
-coś się stało?
znów przymrużyłam oczy. W oddali ujrzałam mknące w naszą stronę chmury.
-Lepiej chodźmy-odezwał się basior i poszedł w inną stronę. Ja zostałam
-Ej! -krzyknął-uciekajmy, jak nie to porwie nas!
Alpha nalegał, więc wypada abym posłuchała. Tak też zrobiłam. Pomknęliśmy przed siebie.
(Yesterday? Przepraszam że tak krótko)
-Skoro specjalnie na zimię mamy się przeprowadzać, to już nie lepiej byłoby zamieszkać na stałe w lesie?-spytałam
-No wiesz... w lato w milej jest w Tundrze niż w Tajdze. Kiedy minie ta zima znów będziesz mogła wrócić do swojej jaskini w Tundrze, a kolejnymi zimami w Tajdze.
-Dobrze, niech będzie.-odwróciłam się i nadal gapiłam się w dal.
-Jeśli mogę się spytać..-odezwał się basior
-Tak?
-Twój ogon nie był cały czarny?
-Owszem, był. Na zimę moje futro zmienia ubarwienie.
Nastało milczenie. W końcu basior usiadł za mną nie chcąc mi przeszkadzać.
-Zwiedziłaś już watahę
-Nie...
te słowa odbijały mi się w głowie.-"co ja robię?!"-pomyślałam mrużąc lekko oczy.
-Nie podoba mi się to-mruknęłam pod nosem.
-coś się stało?
znów przymrużyłam oczy. W oddali ujrzałam mknące w naszą stronę chmury.
-Lepiej chodźmy-odezwał się basior i poszedł w inną stronę. Ja zostałam
-Ej! -krzyknął-uciekajmy, jak nie to porwie nas!
Alpha nalegał, więc wypada abym posłuchała. Tak też zrobiłam. Pomknęliśmy przed siebie.
(Yesterday? Przepraszam że tak krótko)
Od Lily'ego - Szczeniak z Mokradeł 1/2
0 | Skomentuj
Autor:
BiałyKieł56
Z braku innych zajęć, Lily postanowił przejść się nad Mgliste Mokradła, póki jeszcze nie zaszło słońce.
Ostatnio miał wiele spraw na głowie. Jego drugorzędnym stanowiskiem stały się regularne patrole na granicach watahy. Dlaczego? Problemem była z pewnością wroga wataha. Altair wspominała nawet, że tamci już intensywnie szkolą sobie wojsko.
Tymczasem zdaniem Lily'ego, WKS nie stanowiło dla wrogów żadnego problemu. Nie byli zbyt licznym stadem, a tamci przewyższali ich trzykrotnie liczebnością.
Tak, ostatnio miał naprawdę wiele spraw na głowie. Jednak teraz przez resztę dnia mógł pozwolić sobie na odpoczynek. I dlatego po około kwadransie znajdował się już na wspomnianych na początku Mglistych Mokradłach. Były to porośnięte w małym stopniu drzewami bagna, a niekiedy woda mogła sięgać dorosłemu wilkowi nawet do brzucha.
- Kurna - warknął Lily, gdy właśnie władował się na taką głębokość, próbując przejść na jedną z wielu wysepek i pówyspów mokradeł.
Oczywiście, odkąd utracił skrzydła, nie mógł już wylecieć z wody i mógł jedynie brnąć w kierunku bardziej stałego lądu.
Gdy wreszcie mu się udało, po spojrzeniu w niebo oszacował czas do zachodu słońca. Do tego właśnie czasu musi opuścić Mgliste Mokradła. Nocą działy się tu dziwne, paranormalne zjawiska, a wszyscy znajomi Lily'ego, którzy mieli zamiar zostać tu na noc, nie żyją.
Lily usiadł i wsłuchał się w uspokajającą ciszę, chcąc zapomnieć o wszystkich swoich zmartwieniach. Udało się mniej więcej. Będzie tu na pewno częściej przychodził.
A później przypomniała mu się wadera, z którą dawno temu odwiedził to miejsce. Minęły wieki, kiedy ostatnio widział potem Nani-mo. Nikt jej od tego czasu nie widział. A minęło sporo czasu... Lily nawet przez chwilę zobaczył ją oczami wyobraźni.
Wtem coś przerwało tą spokojną ciszę. Coś sprawiło, że Lily momentalnie zerwał się na równe łapy. Tym czymś była słaba woń jakiejś istoty
Ruszył więc wolnym krokiem w kierunku, z którego było czuć zapach. Zobaczył z daleka wystający z ziemi prawie dwumetrowy głaz, na szczycie którego leżała szara kulka futra. Kiedy basior znalazł się pod głazem, zrozumiał, że to miesięczny szczeniak, który na dźwięk kroków gwałtownie się obudził. Był wychudzony na tyle, że pewnie ledwo utrzymywał się na łapach.
Lily usiadł i spojrzał jeszcze raz na szczeniaka. Jak on się tutaj znalazł? I przede wszystkim....
- Gdzie są twoi rodzice?
Szczeniak nie odpowiedział. Skulił się tylko jeszcze bardziej, nie spuszczając z Lily'ego swoich wystraszonych oczek. A, i jeszcze trząsł się z zimna.
Trzeba go stąd zabrać. Przecież basior beta nie zostawiłby szczeniaka w takim miejscu. A może i nawet on się przyda watasze, jak tylko Heroika doprowadzi go do normalnego stanu.
- Spokojnie młody, przecież nic ci nie zrobię - Lily spróbował się uśmiechnąć, ale było to dosyć trudne, dopuki szary szczeniak na niego patrzałtym błagalnym wzrokiem - Nie możesz tutaj zostać. Chodź, zabiorę cię w bezpieczne miejsce.
Najwidoczniej Lily'emu udało się przekonać szczeniaczka do tego, że nie jest zagrożeniem, bo ten już zsuwał się po głazie. Wylądował obok basiora i zmęczony upadł na trawę.
- Okej, nie chcesz mówić, nie mów - westchnął Lily i złapał szczeniaka zębami za kark. Poczuł, jak tamten nadal się trzęsie. No trudno.... może Heroika zdoła z nim jakoś porozmawiać, ona definitywnie ma lepsze podejście do dzieci.
Lily jeszcze raz spojrzał w niebo. Cholera, jeszcze tylko niecałe dwa kwadransy. Musi się pospieszyć.
C.d.n. (no co? Mało mam tych opek '-')
Subskrybuj:
Posty (Atom)