Od Prascanny CD Yesterday'a
-Siadaj nie stawaj na tą łapę a najlepiej się połóż- oznajmiłam stanowczo Yestetday'owi. On położył się bez sprzeciwó. Stworzyłm kolejne zioło które przyniosło by ulgę alfie a ja bym zajęła sue jego ranami, dałam mu je a on je zjadł kiedy zaczęły działać przystąpiłam do działania.
-Daj mi swoją łapę- powiedziała a on mi ją dał abym ją opatrzyła, obejrzałam ranę i zauważyłam w niej wbity kryształ stworzyłam znów zioło do odkażania ran.
-Teraz trochę zaboli - oznajmiła i zdecydowanym ruchem wyjełam odłamek z jego łapy po tym odkaziłam ranę ziołem. Basior obserwował bez słów moje działanie.
-Za chwilkę twoja rana zniknie tylko podaj mi łapę- stwierdziłam a wilk z lekką nieufnością podał mi łapę. Wziełam jego łapę i położyłam na swoją a następnie swoją drugą łapę gałam na jego i po chwili rana zaczeła się zrastać, po kilku sekundach nie było po niej śladu.
-Jeszcze nie wstawaj- powiedziała i wzięła liście z ziół które zostały umoczyłam je w wodzie i ztarłam krew z łapy basiora, który patrzył na mnie lekko zdziwiony.
-Już możesz wstać- wtedy wilk wstał i przeszedł się do okoła mnie. - już jest wszystko w porządku - powiedział z uśmiechem a ja odwzajemniłam uśmiech.
-Chodź teraz poszukamy wyjścia
<Yestetday?>
Od Yesterday'a CD. Shairen
Ziewnąłem szeroko, a ten naturalny odruch organizmu przypomniał mi, że planowałem się zdrzemnąć choć na chwilę. Kto wie, może to nocne spotkanie wyprze z mojego umysłu wszystkie koszmary? Może jednak uda mi się wypocząć tej nocy?
Zacząłem ostrożnie schodzić ze wzgórza, mając w pamięci mokrą trawę, ślizgi i wywrotki. Jakimś cudem nie zabiłem się ani nawet nie wywróciłem w trakcie pokonywania zbocza. Gdy już znalazłem się między dwoma pagórkami, pobiegłem truchtem w kierunku mojej jaskini. Noc wciąż była ciemna i gwieździsta, na wschodzie nie było nawet najmniejszego śladu szarości, zwiastującego nadejście poranka. Chłodne powietrze działało na mnie uspokajająco i szybko przestałem myśleć o niedawnych wydarzeniach. Gdy dotarłem do jaskini i ułożyłem się na posłaniu, w głowie miałem tylko gwiazdy i ich piękno. Dzięki czemu szybko zasnąłem.
>>> <<<
Rankiem, zanim jeszcze otworzyłem oczy, poczułem zimno wślizgujące się do jaskini przez wejście. Powietrze było wilgotne, chłodniejsze niż podczas ostatnich dni. Tundra nigdy nie była zbyt hojna, jeśli chodzi o ciepłe, słoneczne dni, ale raz na jakiś czas mogłaby przecież zrobić wyjątek. Uniosłem głowę i spojrzałem na rozciągające się nieopodal wzgórza przez wylot mojej groty. Tak jak myślałem, padało. Z zasnutego chmurami nieba spadały gęsto drobne krople, zniechęcając mnie do opuszczenia w miarę ciepłej jaskini. Byłem jednak łowcą i do tego Alfą, a obowiązki przecież same się nie wypełnią...
Wstałem i przeciągnąłem się, a potem ruszyłem ku wyjściu z jaskini. Zatrzymałem się na chwilę, wciąż osłonięty od deszczu i przyjrzałem się krytycznie pogodzie. Mżawka, gdzieniegdzie delikatna mgła i wszechobecny chłód. Cóż, dzisiaj ciężko będzie cokolwiek upolować. Najlepszą potencjalną ofiarą byłby jakiś renifer, ale pozostawał jeszcze problem wytropienia stada. W takich warunkach wszelkie ślady łatwo się zacierały. Ale przecież musiałem spróbować.
<Shairen?>
Od Altair CD. Cassie
Czy była całą i zdrowa, czy też może ten Alfa coś jej zrobił? Domyślałam się, że jest zbyt okrutny na to, aby zabić wilczycę, ale kto wie, jak mógł ją potraktować? Szansa, że jej nie tknął, wynosiła mniej niż jeden procent, tego byłam pewna. Ale co teraz miałam zrobić? Zostać tu i po prostu zapomnieć o Cassie? To przecież nie wchodziło w grę. Musiałam ją tutaj ściągnąć, dla jej własnego dobra. Niechby później odeszła, byleby tylko nie przebywała już w tamtej watasze.
- Co ja mogę zrobić... - mruknęłam cicho, nie przerywając marszu. Na myśl nasuwały mi się tylko dwie opcje - albo samej ją odbić, albo zrobić to razem z watahą. Skoro i tak mają nas zaatakować, czy nie lepiej, żebyśmy ich uprzedzili? Tylko co na to Yesterday? Wygnał Cassie, to prawda, ale wiedziałam, że nie ma serca, by zostawiać wilka w sytuacji, kiedy inny się na nim wyżywa. Tylko... nie miałam przecież na to dowodów, prawda?
Może po prostu złożysz szybką wizytę Cassie, a potem wrócisz po pomoc? - zaproponował Północny Wiatr. Zatrzymałam się w pół kroku.
- W sumie... to nie taka zła propozycja. Ale jeśli tylko będę mieć możliwość, to wyciągnę stamtąd Cassie sama - stwierdziłam.
Tylko nie zapomnij, by jej nie mówić o sprowadzeniu pomocy, jeśli ci się nie uda - przypomniał mi mój niewidzialny przyjaciel. Kiwnęłam głową w zamyśleniu. Cóż, miał rację.
Oczywiście, że mam rację - mruknął cicho Wiatr i wyleciał z jaskini. Po sekundzie wahania, ruszyłam jego śladem. Nie miałam jeszcze pojęcia, jak zamierzam dostać się do Cassie, ale byłam pewna, że po prostu muszę to zrobić.
<Cassie?>
Od Yesterday'a CD. Prascanny
- Przepraszam, naprawdę - powiedziała jeszcze raz.
- Nie ma za co, Prascanno - odparłem. - Nie gniewam się na ciebie. Nie musisz mi nic rekompensować.
- Ale ja... sprawiałam same problemy! - sprzeciwiła się wadera, podnosząc się z ziemi.
- Altair również, kiedy była mała - odpowiedziałem, uśmiechając się przez chwilę. Poczułem jednak ukłucie smutku w sercu, kiedy przypomniałem sobie o siostrze. - Czasami zachowywała się nawet gorzej. Jestem przyzwyczajony.
- Ale... ona była szczeniakiem!
- Posłuchaj mnie - powiedziałem, prostując się i stając naprzeciw medyczki. Spojrzałem prosto w jej złote ślepia. - Wybaczam ci twoje zachowanie, jasne? Od teraz koniec tematu, zgoda?
- No dobrze - wymruczała Prascanna, odwracając wzrok.
- Chodź, przejdziemy się do Owadziego Lasu - zaproponowałem i nie czekając na odpowiedź, ruszyłem wzdłuż rzeki w kierunku tajgi. Usłyszałem, że medyczka biegnie za mną. I dobrze, może nareszcie się nieco rozchmurzy. Gdy Prascanna zrównała się ze mną, uśmiechnąłem się do niej delikatnie. A w następnej chwili spadaliśmy już, wrzeszcząc, prosto w ciemność.
Wpadliśmy do jakiejś lodowatej wody, która pociągnęła nas w mrok. Gdy wynurzyłem głowę nad powierzchnię, zdążyłem dostrzec, że to spora podziemna rzeka. Potem widziałem już tylko ciemność.
>>> <<<
Ocknąłem się na miękkim, drobnym piasku, na brzegu rzeki. Znajdowałem się w jakiejś sporej wielkości grocie, oświetlonej przez światło emitowane przez błękitne kryształy. Powietrze było wilgotne, a gdzieś nieopodal szumiała woda. Uniosłem głowę i rozejrzałem się po jaskini nieco nieprzytomnie. Mój wzrok zatrzymał się na jasnym kształcie, leżącym plecami do mnie kilka metrów dalej.
Wstałem i od razu poczułem ból w jednej z łap. Spojrzałem w dół - sierść na nodze miałem nie beżową, a szkarłatną od krwi. Uznając, że raną zajmę się za chwilę, ruszyłem w stronę ciała, kulejąc. Chwilę później pochylałem się już nad nieprzytomnym wilkiem. Znajome barwy, zduszone przez błękitny blask kryształów. Znana mi dobrze smukła sylwetka. Prascanna.
<Prascanna?>
Przypomnienie o konkursie - Koszmary na miarę
Od Cassie cd Altair
I tak już nie jest potrzebna.
Nagle ktoś wbiegł do jaskini. Była to mała waderka, która niebawem miała dorosnąć.
– Mama kazała ci to przynieść. – wręczyła jeji leminga.
Podziękowała małej Flurry i schowała marte zwierze daleko w kącie.
Szczeniak uciekł dyskretnie do jaskini. Kiwnęła z wdzięcznością jeszcze z daleka Delcie, która wychyliła się na ułamek sekundy i wampirzyca schowała się w cieniu, wysuwając kły. Wyssała krew, a potem zjadła mięso.
Naprawdę była im wdzięczna, bo były jedynymi w tej watasze, które miały uczucia.
O boże... A jeśli będę miała z tym tyranem szczeniaki?! Przecież Flurry już jest jego córką! A po tej nocy... - zaczęła gorączkowo myśleć.
A drugiej strony... Kogo to będzie obchodzić? Mogła jednak polecieć dalej, unikając tej burzy... Teraz jednak... Z tymi pozostałościami skrzydeł... Chyba nigdzie nie będzie w stanie uciec.
Przed jaskinią co jakiś czas przemykał pojedynczy wilk, a Cassie jedynie odprowadzała go wzrokiem, aż nie znikł.
< Alt? Moje pomysły zdechły x.x >
Od Scarlet CD. Yesterday'a
Od Prascanny CD Yesterdaya
-Ja cały czas myślałam, że mnie nie lubisz, a ty chciałeś być moim przyjacielem, a ja cię tak traktowałam i tak się zachowywałam- wypaliłam i opadłam na ziemięzakrywając oczy łapami.
-Przepraszam, przepraszam, przepraszam. Jaka ja byłam głupia - dodałam ze smutkiem. Wiedziałam, że raczej nic z tego...nic z tego aby teraz on odwzajemniał moje uczucia może jak bym się inaczej zachowywała od początku to może mogła bym na coś liczyć ale teraz to raczej nie. Dotarło do mnie, co ja zrobiłam i co straciłam, może bo nie wiadomo jak by to było.
-Przepraszam jedyne w czym ci pomogłam to wiersz a tak to tylko problemy sprawiam- stwierdziłam ze smutkiem dopiero to do mnie docierało.
-Nie wiem jak mogę ci to zrekompensować, co mogę dla ciebie zrobić? - zapytałam chcąc jakoś odpokutować swoje dotychczasowe zachowanie.
<Yesterday?>
Od Altair CD. Cassie
Altair, ogarnij się. Wataha cię potrzebuje. Najpierw musisz ich ostrzec, potem będziesz się zamartwiać - przemówił do mnie Północny Wiatr. Chciałam się sprzeciwić, ale wiedziałam, że niewidzialny przyjaciel ma rację. Westchnęłam i podniosłam głowę. Znajdowałam się gdzieś pośród porośniętych tundrową roślinnością wzgórz. Z chłodnym wiatrem przyleciał do mnie zapach wilków z WKS, musiałam więc być już niedaleko. Zmusiłam się, aby wydłużyć krok.
>>> <<<
- Tak, Cassie mi to powiedziała. Dobrze słyszałeś - odpowiedziałam. Przed dotarciem do watahy zapolowałam jeszcze i posiliłam się krwią, teraz zaś rozmawiałam z Yesterday'em w jego jaskini.
- I ty jej wierzysz? Tej... zdrajczyni? Po tym, co ci zrobiła? - warknął brat, przyglądając mi się uważnie.
- Uratowała mnie, więc jej wierzę. Zresztą, widziałam na własne oczy, co się tam dzieje. I słyszałam, jak o tym mówili... a przynajmniej tak myślę.
Alfa tylko prychnął i kontynuował chodzenie od ściany do ściany. Zupełnie jak niedawno Cassie...
- Tu chodzi o dobro watahy. Musisz mi uwierzyć! - spróbowałam raz jeszcze. Yesterday przystanął na chwilę, a potem podszedł do mnie.
- Wierzę ci. Ale cała ta sytuacja mi się nie podoba.
- Mi też - mruknęłam. Cóż, powiedziałam Day'owi, że Cassie żyje, wbrew jej woli... Ale... tak będzie chyba lepiej... może... nie wiem...
Nagle uświadomiłam sobie pewną straszną rzecz. Ten Alfa używa siły... a Cassie brała za mnie odpowiedzialność... a ja uciekłam... O matko, a jeśli on jej coś zrobił? Tylko nie to... I co ja mam teraz robić? Wietrze? Jesteś tam?
Ale tym razem odpowiedziała mi cisza.
<Cassie?>
Od Cassie cd Altair
Wadera głośno westchnęła. Nawet nie wiesz, jakbym chciała... — pomyślała.
Chciałaby wrócić. Ale tam wszyscy już wiedzą. Będą wytykać ją łapami, uciekać od niej. Nie zazna tam spokoju, nawet po wyjaśnieniu sprawy... Będą patrzeć na nią z wrogością.
Wilczyca nasłuchiwała, a gdy uznała, że jest już sama, opadła ciężko na skałę.
" Jeśli go o to poproszę" - Pff... Już widziała przed oczami jego minę gdy ją przyjmował.
Dlaczego oni nie pojmują, że bez tego, Alt nawet nie przeżyłaby paru godzin?! Przecież by jej nie zabiła... Celowo skazała na cierpienie związane z odmiennością? Tym bardziej nie!
Gwałtownie podniosła wzrok. Słońce było jeszcze trochę wyżej od horyzontu. Zostało parę godzin...
Podeszła do kałuży, w której zazwyczaj lądował jej łeb w trakcie snu. Zmieniła wcielenie na to prawdziwe. Smętnie poruszyła szkieletem skrzydeł. Odpadło od niego parę piór.
Wcześniej dawało jej się trwałe rany ukryć pod maską... T e r a z... Chyba nie wystarczy. Nawet zwęgloną sierść była w stanie zaakceptować. Ale nie ma nic gorszego dla skrzydlatego wilka jak utrata możliwości latania.
Sierść wadery znów stała się biała, a ta wyszła ze swojej małej groty. Ruszyła lasem ku jezioru, odprowadzana podejrzliwymi spojrzeniami.
***
Cassie siedziała nieruchomo na skale, obserwując zachodzącą za drzewa ognistą kulę. Studiowała dokładnie teren, napajając się widokiem refleksów na tafli wody, poruszanej północnym wiatrem. Zawsze lubiła patrzeć na zakrzywienia światła.
Jednak zaczynało się robić już szarawo, a słońca niemal już nie było. Wiedziała, że musi już iść, stawić się u Alfy. Jednak... Miała złe przeczucia, bowiem na pewno nie będzie to spotkanie na herbatkę.
Spojrzała tęsknie w stronę, z której przybyła.
***
Księżyc już prawie znikał, gdy z obszernej jaskini wywlekła się z trudem jasna postać. Z trudem szła, co nie było sposowodowane tylko ranami. Z tyłu dobiegł ją jeszcze śmiech basiora.
Opuściła jeszcze bardziej zaokrąglone uszy, a ogon przylgnął do krwawiącego podbrzusza.
Skierowalau się ku granicom obozu, gdzie zamieszkiwała.
< Alt? C: jestem dziwna c: >
Od Altair CD. Cassie
- Alt, WKS to już przeszłość - odpowiedziała Cassie. - Dla mnie nie ma tam miejsca. Ale ciebie potrzebują.
- Ciebie też - nie dawałam za wygraną. - Jesteś Gammą. Jesteś potrzebna.
- Zostałam wygnana - odparła moja rozmówczyni tonem sugerującym niechęć wobec dalszego sprzeciwu. - Więc mnie nie potrzebują.
- Ja cię potrzebuję - powiedziała. - Wróć.
- Czy ty naprawdę jesteś taka naiwna i sądzisz, że Yesterday przyjmie mnie z powrotem?
- Chyba znam własnego brata - warknęłam. - Jeśli go o to poproszę, raczej to zrobi. Poza tym, nie możesz tutaj zostać. Nie widzisz, jak ten Alfa cię traktuje?
Cassie nie odpowiedziała, tylko zatrzymała się, przodem do jednej ze ścian jaskini. Wyglądała, jakby zastanawiała się nad czymś... Nad odpowiedzią? Nad możliwością powrotu do dawnej watahy?
- Słuchaj, Altair - zaczęła powoli biała wilczyca, nadal stojąc do mnie tyłem. - Udaj, że idziesz na polowanie, wracaj do watahy i ostrzeż ich przed atakiem. Yesterday powinien zgromadzić armię... posyłać wilki na patrole... Potrzebują tej informacji. Wracaj. I powiedz, że nie żyję.
Spuściłam wzrok i westchnęłam cicho. Czyli postanowiła trwać w swoim postanowieniu i zostać tutaj, nawet za cenę okrutnego traktowania... Miałam nadzieję, że jednak zmieni zdanie. Przed chwilą słyszałam nawet w jej głosie Gammę, którą nadal była... Wstałam i zrobiłam kilka kroków w stronę wyjścia z jaskini. Przez dwie sekundy patrzyłam na obóz i w tym czasie zdążyłam dostrzec Alfę, który mówił coś do kilku wysokich i umięśnionych basiorów, zapewne wojowników. Usłyszałam parę słów - "watahę", "bitwę", "za niedługo", "trenujcie". Czyli Cassie miała rację. Naprawdę szykowali się do walki.
- Dobrze - mruknęłam, nie odwracając się. - Pójdę już. Ostrzegę Yesterday'a... Szkoda tylko, że nie wrócisz ze mną...
<Cassie?>
Od Cassie cd Altair
Widziałam chaos w oczach przywódcy watahy, więc szybko wybiłam się przed szereg i stanęłam między nimi.
- To moja znajoma, kiedyś się spotkałyśmy. Naprawdę jest godna zaufania. - powiedziałam.
Chwilę patrzył pustym wzrokiem w moją stronę, po czym zamachnął się łapą. Nawet nie mrugnęłam, obrywając w policzek.
- Nie pytał cię nikt o zdanie. - warknął - Ale, skoro tak twierdzisz... Dobrze. Bierzesz za nią odpowiedzialność. Przyjmę ją. Zamelduj się w mojej jaskini dzisiaj wieczorem.
Zbiegowisko powoli się rozchodziło, choć nadal czułam wzrok niektórych ciekawskich.
- Nie wiem, co ty wyrabiasz, ale nie wiesz, na co się piszesz. - warknęłam.
- Cassie, ja ciebie potrze...- zatkałam jej pysk łapą.
- Jaka Cassie? Ona. Nie. Żyje. - warknęłam. - Pomyliłaś mnie z kimś.
- Kłamiesz! - powiedziała trochę za głośno, bo znowu skupiła na nas wzrok innych.
Westchnęłam zrezygnowana i pokazałam jej ruchem głowy, by za mną szła.
Usiadłyśmy w małej, ciasnej jaskini, która została mi przydzielona.
- Altair, serio. Uciekaj stąd. - krążyłam nerwowo od ściany do ściany, co dawało mi w sumie trzy dłuższe kroki. - Możesz tam powiedzieć, że zginęłam. Bo nie wrócę. Wygnani nie wracają, chyba, że po zemstę. Wy b y l i ś c i e moją rodziną i nie mam sumienia was zaatakować. Zbierajcie armię, bo ci tam - wskazałam łapą na wyjście z groty- będą chcieli atakować.
<Alt? >