Od Prascanny CD Yesterday'a

0 | Skomentuj
Leżałam i zaczełam otwierać oczy ujrzałam znają mi postać ubrudzoną od krwi to Yesterday. Mi nic nie było tylko kark mnie trochę bolał o on był ranny może wyglądało to nie groźnie ale mogło mieć poważne konsekwencje . Podniosłam się powoli i spojrzałam na basiora już widziałam wszystko wyraźnie stworzyłam zioło które uśmieży mój ból, stworzyłam je zjadłam i poczułam się lepiej .
-Siadaj nie stawaj na tą łapę a najlepiej się połóż- oznajmiłam stanowczo Yestetday'owi. On położył się bez sprzeciwó. Stworzyłm kolejne zioło które przyniosło by ulgę alfie a ja bym zajęła sue jego ranami, dałam mu je a on je zjadł kiedy zaczęły działać przystąpiłam do działania.
-Daj mi swoją łapę- powiedziała a on mi ją dał abym ją opatrzyła, obejrzałam ranę i zauważyłam w niej wbity kryształ stworzyłam znów zioło do odkażania ran.
-Teraz trochę zaboli - oznajmiła i zdecydowanym ruchem wyjełam odłamek z jego łapy po tym odkaziłam ranę ziołem. Basior obserwował bez słów moje działanie.
-Za chwilkę twoja rana zniknie tylko podaj mi łapę- stwierdziłam a wilk z lekką nieufnością podał mi łapę. Wziełam jego łapę i położyłam na swoją a następnie swoją drugą łapę gałam na jego i po chwili rana zaczeła się zrastać, po kilku sekundach nie było po niej śladu.
-Jeszcze nie wstawaj- powiedziała i wzięła liście z ziół które zostały umoczyłam je w wodzie i ztarłam krew z łapy basiora, który patrzył na mnie lekko zdziwiony.
-Już możesz wstać- wtedy wilk wstał i przeszedł się do okoła mnie. - już jest wszystko w porządku - powiedział z uśmiechem a ja odwzajemniłam uśmiech.
-Chodź teraz poszukamy wyjścia

<Yestetday?>

Od Yesterday'a CD. Shairen

0 | Skomentuj
Patrzyłem, nieco zmęczony, jak Shairen schodzi po zboczu wzgórza, kierując się w stronę swojej jaskini. Była... inna niż wilki, które do tej pory stanęły na mojej drodze. To prawda, znam ją krótko, ale czasami nawet po takim czasie byłem w stanie przewidzieć chociaż niektóre reakcje napotkanych przeze mnie osobników. W tym przypadku... nie sądziłem, że nadejdzie to niedługo. Shairen była dla mnie zagadką, której prawdopodobnie nie byłem w stanie rozwiązać w ciągu najbliższych dni...
Ziewnąłem szeroko, a ten naturalny odruch organizmu przypomniał mi, że planowałem się zdrzemnąć choć na chwilę. Kto wie, może to nocne spotkanie wyprze z mojego umysłu wszystkie koszmary? Może jednak uda mi się wypocząć tej nocy?
Zacząłem ostrożnie schodzić ze wzgórza, mając w pamięci mokrą trawę, ślizgi i wywrotki. Jakimś cudem nie zabiłem się ani nawet nie wywróciłem w trakcie pokonywania zbocza. Gdy już znalazłem się między dwoma pagórkami, pobiegłem truchtem w kierunku mojej jaskini. Noc wciąż była ciemna i gwieździsta, na wschodzie nie było nawet najmniejszego śladu szarości, zwiastującego nadejście poranka. Chłodne powietrze działało na mnie uspokajająco i szybko przestałem myśleć o niedawnych wydarzeniach. Gdy dotarłem do jaskini i ułożyłem się na posłaniu, w głowie miałem tylko gwiazdy i ich piękno. Dzięki czemu szybko zasnąłem.
>>> <<<
Rankiem, zanim jeszcze otworzyłem oczy, poczułem zimno wślizgujące się do jaskini przez wejście. Powietrze było wilgotne, chłodniejsze niż podczas ostatnich dni. Tundra nigdy nie była zbyt hojna, jeśli chodzi o ciepłe, słoneczne dni, ale raz na jakiś czas mogłaby przecież zrobić wyjątek. Uniosłem głowę i spojrzałem na rozciągające się nieopodal wzgórza przez wylot mojej groty. Tak jak myślałem, padało. Z zasnutego chmurami nieba spadały gęsto drobne krople, zniechęcając mnie do opuszczenia w miarę ciepłej jaskini. Byłem jednak łowcą i do tego Alfą, a obowiązki przecież same się nie wypełnią...
Wstałem i przeciągnąłem się, a potem ruszyłem ku wyjściu z jaskini. Zatrzymałem się na chwilę, wciąż osłonięty od deszczu i przyjrzałem się krytycznie pogodzie. Mżawka, gdzieniegdzie delikatna mgła i wszechobecny chłód. Cóż, dzisiaj ciężko będzie cokolwiek upolować. Najlepszą potencjalną ofiarą byłby jakiś renifer, ale pozostawał jeszcze problem wytropienia stada. W takich warunkach wszelkie ślady łatwo się zacierały. Ale przecież musiałem spróbować.
<Shairen?>

Od Altair CD. Cassie

0 | Skomentuj
- Muszę coś z tym zrobić - mamrotałam do siebie, chodząc tam i z powrotem, od jednej ściany jaskini do drugiej. Minął dzień od mojego powrotu do watahy, Yesterday poszedł zająć się wojownikami, a ja spędzałam czas na zamartwianiu się. Bałam się o Cassie. Co prawda twierdziła, że nie wróci, ale gdzieś głęboko w sercu żywiłam nadzieję, że jednak zmieni zdanie. Która malała z każdą minutą.
Czy była całą i zdrowa, czy też może ten Alfa coś jej zrobił? Domyślałam się, że jest zbyt okrutny na to, aby zabić wilczycę, ale kto wie, jak mógł ją potraktować? Szansa, że jej nie tknął, wynosiła mniej niż jeden procent, tego byłam pewna. Ale co teraz miałam zrobić? Zostać tu i po prostu zapomnieć o Cassie? To przecież nie wchodziło w grę. Musiałam ją tutaj ściągnąć, dla jej własnego dobra. Niechby później odeszła, byleby tylko nie przebywała już w tamtej watasze.
- Co ja mogę zrobić... - mruknęłam cicho, nie przerywając marszu. Na myśl nasuwały mi się tylko dwie opcje - albo samej ją odbić, albo zrobić to razem z watahą. Skoro i tak mają nas zaatakować, czy nie lepiej, żebyśmy ich uprzedzili? Tylko co na to Yesterday? Wygnał Cassie, to prawda, ale wiedziałam, że nie ma serca, by zostawiać wilka w sytuacji, kiedy inny się na nim wyżywa. Tylko... nie miałam przecież na to dowodów, prawda?
Może po prostu złożysz szybką wizytę Cassie, a potem wrócisz po pomoc? - zaproponował Północny Wiatr. Zatrzymałam się w pół kroku.
- W sumie... to nie taka zła propozycja. Ale jeśli tylko będę mieć możliwość, to wyciągnę stamtąd Cassie sama - stwierdziłam.
Tylko nie zapomnij, by jej nie mówić o sprowadzeniu pomocy, jeśli ci się nie uda - przypomniał mi mój niewidzialny przyjaciel. Kiwnęłam głową w zamyśleniu. Cóż, miał rację.
Oczywiście, że mam rację - mruknął cicho Wiatr i wyleciał z jaskini. Po sekundzie wahania, ruszyłam jego śladem. Nie miałam jeszcze pojęcia, jak zamierzam dostać się do Cassie, ale byłam pewna, że po prostu muszę to zrobić.
<Cassie?>

Od Yesterday'a CD. Prascanny

0 | Skomentuj
Przez chwilę po prostu siedziałem, wlepiając wzrok w leżącą na ziemi Prascannę i zastanawiając się, co powinienem zrobić. Potem przykucnąłem obok medyczki i szturchnąłem ją delikatnie nosem w ucho. Wilczyca odsłoniła oczy i spojrzała na mnie smutno.
- Przepraszam, naprawdę - powiedziała jeszcze raz.
- Nie ma za co, Prascanno - odparłem. - Nie gniewam się na ciebie. Nie musisz mi nic rekompensować.
- Ale ja... sprawiałam same problemy! - sprzeciwiła się wadera, podnosząc się z ziemi.
- Altair również, kiedy była mała - odpowiedziałem, uśmiechając się przez chwilę. Poczułem jednak ukłucie smutku w sercu, kiedy przypomniałem sobie o siostrze. - Czasami zachowywała się nawet gorzej. Jestem przyzwyczajony.
- Ale... ona była szczeniakiem!
- Posłuchaj mnie - powiedziałem, prostując się i stając naprzeciw medyczki. Spojrzałem prosto w jej złote ślepia. - Wybaczam ci twoje zachowanie, jasne? Od teraz koniec tematu, zgoda?
- No dobrze - wymruczała Prascanna, odwracając wzrok.
- Chodź, przejdziemy się do Owadziego Lasu - zaproponowałem i nie czekając na odpowiedź, ruszyłem wzdłuż rzeki w kierunku tajgi. Usłyszałem, że medyczka biegnie za mną. I dobrze, może nareszcie się nieco rozchmurzy. Gdy Prascanna zrównała się ze mną, uśmiechnąłem się do niej delikatnie. A w następnej chwili spadaliśmy już, wrzeszcząc, prosto w ciemność.
Wpadliśmy do jakiejś lodowatej wody, która pociągnęła nas w mrok. Gdy wynurzyłem głowę nad powierzchnię, zdążyłem dostrzec, że to spora podziemna rzeka. Potem widziałem już tylko ciemność.
>>> <<<
Ocknąłem się na miękkim, drobnym piasku, na brzegu rzeki. Znajdowałem się w jakiejś sporej wielkości grocie, oświetlonej przez światło emitowane przez błękitne kryształy. Powietrze było wilgotne, a gdzieś nieopodal szumiała woda. Uniosłem głowę i rozejrzałem się po jaskini nieco nieprzytomnie. Mój wzrok zatrzymał się na jasnym kształcie, leżącym plecami do mnie kilka metrów dalej.
Wstałem i od razu poczułem ból w jednej z łap. Spojrzałem w dół - sierść na nodze miałem nie beżową, a szkarłatną od krwi. Uznając, że raną zajmę się za chwilę, ruszyłem w stronę ciała, kulejąc. Chwilę później pochylałem się już nad nieprzytomnym wilkiem. Znajome barwy, zduszone przez błękitny blask kryształów. Znana mi dobrze smukła sylwetka. Prascanna.
<Prascanna?>

Przypomnienie o konkursie - Koszmary na miarę

0 | Skomentuj
Przypominam, że trwa konkurs Koszmary na miarę.
Zachęcam do brania udziału, dla każdego przewidziane nagrody - do wygrania Lemingi, przedmioty ze sklepu, przedmioty unikalne oraz (być może) niespodzianki.
Prace należy wysyłać do graczki Heroica na howrse.

Od Cassie cd Altair

0 | Skomentuj
Cassie z trudem doczołgała się do jaskini. Ciężko opadła na zimną skałę, tępo wpatrując się w wschodzące słońce. Dzisiaj na pewno nie wyruszy już na polowanie. Byłoby ono kompletną klęską, co jeszcze bardziej dobiłoby ją psychicznie.
I tak już nie jest potrzebna.
    Nagle ktoś wbiegł do jaskini. Była to mała waderka, która niebawem miała dorosnąć.
– Mama kazała ci to przynieść. – wręczyła jeji leminga.
Podziękowała małej Flurry i schowała  marte zwierze daleko w kącie.
Szczeniak uciekł dyskretnie do jaskini. Kiwnęła z wdzięcznością jeszcze z daleka Delcie, która wychyliła się na ułamek sekundy i wampirzyca schowała się w cieniu, wysuwając kły. Wyssała krew, a potem zjadła mięso.
Naprawdę była im wdzięczna, bo były jedynymi w tej watasze, które miały uczucia.
O boże... A jeśli będę miała z tym tyranem szczeniaki?! Przecież Flurry już jest jego córką! A po tej nocy... - zaczęła gorączkowo myśleć.
A drugiej strony... Kogo to będzie obchodzić? Mogła jednak polecieć dalej, unikając tej burzy... Teraz jednak... Z tymi pozostałościami skrzydeł... Chyba nigdzie nie będzie w stanie uciec.
      Przed jaskinią co jakiś czas przemykał pojedynczy wilk, a Cassie jedynie odprowadzała go wzrokiem, aż nie znikł.


< Alt? Moje pomysły zdechły x.x >

Od Scarlet CD. Yesterday'a

0 | Skomentuj
- Yesterday! - zawołałam w mgłę, resztkami nadziei. Raczej nie liczyłam na to, że uda mu się mnie usłyszeć. Byłam bardzo głodna...
Szybko zdałam sobie sprawę z mojego beznadziejnego położenia. Nie mogłam się zdecydować, co zrobić. Siedzieć nad jeziorkiem i czekać, aż Yesterday sam mnie znajdzie, lub na własną łapę poszukać wyjścia z tej mgły.
W końcu zdecydowałam się na to drugie. W tamtym momencie miałam zupełnie gdzieś, czy uda mi się kiedykolwiek znaleźć Yesterday'a, ale już powoli brakowało mi sił, najważniejsze dla mnie było wówczas wydostanie się poza obszar mgły.
Narysowałam na lekko wilgotnej ziemi strzałkę wskazującą kierunek, w który miałam zamiar się udać. Tak na wszelki wypadek.
Podniosłam się z ziemi i wolnym truchtem pobiegłam przed siebie, zostawiając za sobą jeziorko, w którym na pewno było coś upiornego. W lesie panowała zupełna cisza, więc dla uspokojenia zaczęłam sobie nucić melodię, która grała mi w głowie od jakichś kilku dni. Dzięki temu udało mi się zapomnieć na dobry kwadrans o głodzie, o tym, że zgubiłam Yesterday'a, że zgubiłam drogę powrotną... że najprawdopodobniej umrę tutaj.... aż do momentu, kiedy....
- Co do jasnej.... - syknęłam potykając się o coś miękkiego i upadając na ziemię. Gdy wstałam, zobaczyłam, że tym czymś było wilcze ciało. Gdy to do mnie dotarło, natychmiast odczołgałam się od ciała.
Musiałam się upewnić, czy żyje.  
Ostrożnie zbliżyłam się do ciała, stwierdziłam, że ów czarny wilk ma dużo krwi na barkach. Jego ciało było już zupełnie zimne, czyli wilk na sto procent był martwy. Zaschło mi w gardle. Zamknęłam zmarłemu oczy, cofnęłam szybko łapę i postanowiłam się jak najszybciej oddalić. Jednak po chwili wróciłam myślami do gnijącego ciała. Fizycznie również tam wróciłam, wkrótce po moich przemyśleniach.
Już od pewnego czasu nie miałam niczego w ustach.....
Usiadłam przy martwym wilku. Wokół nas unosiła się woń krwi i jeszcze czegoś... bardzo przyjemnego dla moich dróg oddechowych. To, co miałam zamiar zrobić, normalnie większości zapewne wydałoby się dość okrutne, jednak sytuacja, w której się znalazłam, była dosyć... wyjątkowa., więc myślę, że chyba mogłabym....
Jestem głodna.
Muszę jeść, żeby przeżyć. To jest silniejsze ode mnie....
- Wybacz... - mruknęłam do zwłok - ... ale nie mam za bardzo wyboru.
Martwy wilk nie odpowiedział. Chyba już od dawna wszystko było mu obojętne.

***

Gdy było już po wszystkim, wzięłam w zęby zwłoki wilka, które były teraz pozbawione większej części brzucha. A ja nareszcie poczułam sytość. Czy to, co właśnie zrobiłam, podchodzi pod kanibalizm? Jestem tego prawie pewna. Ale żyjemy w trudnych czasach.
- Nie będziesz tak tu leżał samotnie - powiedziałam z uśmiechem - Poszukamy razem wyjścia, a od razu po tym załatwię ci najlepsze miejsce odpoczynku w okolicy. Z dala tego przeklętego miejsca. W końcu jestem ci teraz winna przysługę. Co ty na to?
Martwy basior miał jednak wyj**ane na to co mówię. Za to ja nie chciałam, żeby ten nieznany mi wilk (bardzo możliwe, że jest.. .a raczej był z naszej watahy), został pochowany w tej okropnej mgle. Musiałby mieć normalny grób. Nie znałam tego wilka, ale kto wie... może rzeczywiście nie zasłużył na śmierć.
Nie... ja wcale nie oszalałam. Dlaczego masz taką dziwną minę czytając moje słowa? Przecież nie zamierzam nadawać tym szczątkom imienia. I tak żadna dobra ksywka nie przychodziła mi do głowy.
- Chcesz zostać pochowany na wzgórzu pod jakimś ładnym drzewem, żeby zawsze widzieć wschód i zachód słońca?
Zwłoki, wzruszyły ramionami. Albo sobie to tylko ubzdurałam. Westchnęłam cicho. Powinnam znaleźć sobie jakiegoś towarzysza. Miłego, lojalnego. I przede wszystkim żywego. Nie musiałby nawet nic mówić. Byle tylko było słychać u niego bicie serca. Czy oczekuję aż tak wiele?
Nic nie widząc, szłam dalej przed siebie, ciągnąc zwłoki czarnego wilka za ogon. Muszę znaleźć wreszcie to wyjście z mgły. Z drugiej strony... trochę szkoda było mi zostawiać tu Yesterday'a ... który mimo wszystko mógł już dawno nie żyć.. lub znaleźć drogę powrotną.
Jednak kręcenie się tu dalej i szukanie go nie miało sensu. Nawet nie miałam pojęcia, gdzie i jak zacząć poszukiwania.
Chociaż, nie ukrywam, kamień spadłby mi z serca, gdybym go wreszcie znalazła. Niestety, jak już mówiłam, byłoby to trudne.
- Nie wydaje ci się, że jest tu trochę za cicho?
Przyspieszyłam do biegu, uważając, by nieruchome ciało wilka nie rozleciało się na pół. Przez chwilę czułam wyraźnie czyjś zimny oddech na karku. Odwróciłam się, jednak nie zobaczyłam niczego. To mógł być duch wilka, którego ciało właśnie niosłam. Albo jakiś inny duch... nie wiem. Im szybciej stąd wyjdę, tym lepiej.
Po pewnym czasie mgła była coraz rzadsza, aż w końcu zrobiła się praktycznie niewidoczna. Nie mogłam uwierzyć w to, co widzę. Tyle morderczych godzin w tej mgle, ale w końcu się udało. Znalazłam wyjście!
- Udało nam się - mruknęłam.
Zrobiłam jeszcze kilka kroków i mogłam odetchnąć z ulgą. Teraz wystarczy już tylko pogrzebać zwłoki na wzgórzu z widokiem na gwiazdy.
Odłożyłam ciało na trawę na dosłownie moment i przykucnęłam, żeby pomyśleć, co teraz będzie. Powinnam była wrócić do mgły po alfę, oznaczając swoją drogę jakimiś widocznymi kwiatami lub czymś podobnym. Z drugiej strony rozsądek podpowiadał pochować czarnego wilka i uciec jak najdalej, żeby nikt z watahy mnie nie widział, zaszyć się gdzieś na pewien czas i udawać, że nic nie wiem o tym, co się stało z Yesterday'em.
Co robić?
To najprawdopodobniej jeden z najtrudniejszych wyborów w moim życiu. Powinnam się ratować, ale mimo wszystko....                                              
Już wiem.
Wstałam i zaczęłam kopać w ziemi. Grunt był nieco twardy, więc trochę zajęło, zanim wykopałam półtorametrową dziurę. Bezceremonialnie wrzuciłam do tej dziury zwłoki wilka i zaczęłam zasypywać  go ziemią.
- Wcale nie rzucam słów na wiatr - zapewniłam ciało, gdy ostatni segment tego kruczoczarnego futra zniknął mi z oczu - Wrócę po ciebie później. Obiecuję.                             
To powiedziawszy zawróciłam w mgłę. Miałam ochotę coś sobie zacząć nucić, jednak zamiast tego szłam w zupełnej ciszy i nasłuchiwałam.
Zagłębiłam się już bardzo głęboko w mgłę. I wtedy zobaczyłam przed sobą ciemny kształt.
- Yesterday? - szepnęłam i już miałam zamiar się uśmiechnąć, gdy kształt stał się bardziej wyraźny. Oto stał przede mną jeden z najstraszniejszych zombie łosi, jakie dotąd widziałam, podobny do tych, które napadły mnie i Yesterday'a chwilę po tym, jak na własne życzenie weszliśmy do zamglonej części lasu.
Oczywiście zapomniałam zabrać z mojej jaskini łuku i zestawu strzał.
Łoś ryknął głośno. Po chwili usłyszałam w oddali, po mojej lewej, jak ktoś niewyraźnie wykrzyknął moje imię, jednak bardzo daleko stąd. Yesterday... lub chociaż jakikolwiek inny wilk?
I tak zbyt długo juz zwlekałam z ucieczką. Ruszyłam sprintem w kierunku, w którym słyszałam głos, w nadziei, że uda mi się zgubić łosia. Nie miałam już nic do stracenia.

< Yesterday >?


Od Prascanny CD Yesterdaya

0 | Skomentuj
Odwróciłam głowę aby uniknąć wzroku basiora no bo...bo...sama nie wiem moje myśli plątały się jak tysiące nici i za nic nie chciały się rozplątać. Chwilę myślałam trwając w bezruchu patrząc gdzieś w dal ale w końcu powiedziałam odwracając głowę w stronę Yesterday'a.
-Ja cały czas myślałam, że mnie nie lubisz, a ty chciałeś być moim przyjacielem, a ja cię tak traktowałam i tak się zachowywałam- wypaliłam i opadłam na ziemięzakrywając oczy łapami.
-Przepraszam, przepraszam, przepraszam. Jaka ja byłam głupia - dodałam ze smutkiem. Wiedziałam, że raczej nic z tego...nic z tego aby teraz on odwzajemniał moje uczucia może jak bym się inaczej zachowywała od początku to może mogła bym na coś liczyć ale teraz to raczej nie. Dotarło do mnie, co ja zrobiłam i co straciłam, może bo nie wiadomo jak by to było.
-Przepraszam jedyne w czym ci pomogłam to wiersz a tak to tylko problemy sprawiam- stwierdziłam ze smutkiem dopiero to do mnie docierało.
-Nie wiem jak mogę ci to zrekompensować, co mogę dla ciebie zrobić? - zapytałam chcąc jakoś odpokutować swoje dotychczasowe zachowanie.

<Yesterday?>

Od Altair CD. Cassie

0 | Skomentuj
Dopóki nie zostawiłam wrogiego obozu daleko za sobą, utrzymywałam stałe, dość szybkie tempo. Potem jednak, upewniwszy się, że nikogo nie ma w pobliżu, zwiesiłam głowę i zwolniłam kroku. Tak w zasadzie, to dalej wlekłam się noga za nogą. Niby znalazłam Cassie, ale... ona została... I jak ja miałam sobie teraz poradzić... Lada chwila może zachcieć mi się krwi...
Altair, ogarnij się. Wataha cię potrzebuje. Najpierw musisz ich ostrzec, potem będziesz się zamartwiać - przemówił do mnie Północny Wiatr. Chciałam się sprzeciwić, ale wiedziałam, że niewidzialny przyjaciel ma rację. Westchnęłam i podniosłam głowę. Znajdowałam się gdzieś pośród porośniętych tundrową roślinnością wzgórz. Z chłodnym wiatrem przyleciał do mnie zapach wilków z WKS, musiałam więc być już niedaleko. Zmusiłam się, aby wydłużyć krok.
>>> <<<
- Tak, Cassie mi to powiedziała. Dobrze słyszałeś - odpowiedziałam. Przed dotarciem do watahy zapolowałam jeszcze i posiliłam się krwią, teraz zaś rozmawiałam z Yesterday'em w jego jaskini.
- I ty jej wierzysz? Tej... zdrajczyni? Po tym, co ci zrobiła? - warknął brat, przyglądając mi się uważnie.
- Uratowała mnie, więc jej wierzę. Zresztą, widziałam na własne oczy, co się tam dzieje. I słyszałam, jak o tym mówili... a przynajmniej tak myślę.
Alfa tylko prychnął i kontynuował chodzenie od ściany do ściany. Zupełnie jak niedawno Cassie...
- Tu chodzi o dobro watahy. Musisz mi uwierzyć! - spróbowałam raz jeszcze. Yesterday przystanął na chwilę, a potem podszedł do mnie.
- Wierzę ci. Ale cała ta sytuacja mi się nie podoba.
- Mi też - mruknęłam. Cóż, powiedziałam Day'owi, że Cassie żyje, wbrew jej woli... Ale... tak będzie chyba lepiej... może... nie wiem...
Nagle uświadomiłam sobie pewną straszną rzecz. Ten Alfa używa siły... a Cassie brała za mnie odpowiedzialność... a ja uciekłam... O matko, a jeśli on jej coś zrobił? Tylko nie to... I co ja mam teraz robić? Wietrze? Jesteś tam?
Ale tym razem odpowiedziała mi cisza.
<Cassie?>

Od Cassie cd Altair

0 | Skomentuj

Wadera głośno westchnęła. Nawet nie wiesz, jakbym chciała... — pomyślała.
     Chciałaby wrócić. Ale tam wszyscy już wiedzą. Będą wytykać ją łapami, uciekać od niej. Nie zazna tam spokoju, nawet po wyjaśnieniu sprawy... Będą patrzeć na nią z wrogością.
Wilczyca nasłuchiwała, a gdy uznała, że jest już sama, opadła ciężko na skałę.
" Jeśli go o to poproszę" - Pff... Już widziała przed oczami jego minę gdy ją przyjmował.
Dlaczego oni nie pojmują, że bez tego, Alt nawet nie przeżyłaby paru godzin?! Przecież by jej nie zabiła... Celowo skazała na cierpienie związane z odmiennością? Tym bardziej nie!
        Gwałtownie podniosła wzrok. Słońce było jeszcze trochę wyżej od horyzontu. Zostało parę godzin...
Podeszła do kałuży, w której zazwyczaj lądował jej łeb w trakcie snu. Zmieniła wcielenie na to prawdziwe. Smętnie poruszyła szkieletem skrzydeł. Odpadło od niego parę piór.
Wcześniej dawało jej się trwałe rany ukryć pod maską... T e r a z... Chyba nie wystarczy. Nawet zwęgloną sierść była w stanie zaakceptować. Ale nie ma nic gorszego dla skrzydlatego wilka jak utrata możliwości latania.
Sierść wadery znów stała się biała, a ta wyszła ze swojej małej groty. Ruszyła lasem ku jezioru, odprowadzana podejrzliwymi spojrzeniami.
***
Cassie siedziała nieruchomo na skale, obserwując zachodzącą za drzewa ognistą kulę. Studiowała dokładnie teren, napajając się widokiem refleksów na tafli wody, poruszanej północnym wiatrem. Zawsze lubiła patrzeć na zakrzywienia światła.
Jednak zaczynało się robić już szarawo, a słońca niemal już nie było. Wiedziała, że musi już iść, stawić się u Alfy. Jednak... Miała złe przeczucia, bowiem na pewno nie będzie to spotkanie na herbatkę.
Spojrzała tęsknie w stronę, z której przybyła.
***
Księżyc już prawie znikał, gdy z obszernej jaskini wywlekła się z trudem jasna postać. Z trudem szła, co nie było sposowodowane tylko ranami.  Z tyłu dobiegł ją jeszcze śmiech basiora.
Opuściła jeszcze bardziej zaokrąglone uszy, a ogon przylgnął do krwawiącego podbrzusza.
Skierowalau się ku granicom obozu, gdzie zamieszkiwała.

< Alt? C: jestem dziwna c: >

Od Altair CD. Cassie

0 | Skomentuj
- Wróć ze mną - szepnęłam błagalnym tonem.
- Alt, WKS to już przeszłość - odpowiedziała Cassie. - Dla mnie nie ma tam miejsca. Ale ciebie potrzebują.
- Ciebie też - nie dawałam za wygraną. - Jesteś Gammą. Jesteś potrzebna.
- Zostałam wygnana - odparła moja rozmówczyni tonem sugerującym niechęć wobec dalszego sprzeciwu. - Więc mnie nie potrzebują.
- Ja cię potrzebuję - powiedziała. - Wróć.
- Czy ty naprawdę jesteś taka naiwna i sądzisz, że Yesterday przyjmie mnie z powrotem?
- Chyba znam własnego brata - warknęłam. - Jeśli go o to poproszę, raczej to zrobi. Poza tym, nie możesz tutaj zostać. Nie widzisz, jak ten Alfa cię traktuje?
Cassie nie odpowiedziała, tylko zatrzymała się, przodem do jednej ze ścian jaskini. Wyglądała, jakby zastanawiała się nad czymś... Nad odpowiedzią? Nad możliwością powrotu do dawnej watahy?
- Słuchaj, Altair - zaczęła powoli biała wilczyca, nadal stojąc do mnie tyłem. - Udaj, że idziesz na polowanie, wracaj do watahy i ostrzeż ich przed atakiem. Yesterday powinien zgromadzić armię... posyłać wilki na patrole... Potrzebują tej informacji. Wracaj. I powiedz, że nie żyję.
Spuściłam wzrok i westchnęłam cicho. Czyli postanowiła trwać w swoim postanowieniu i zostać tutaj, nawet za cenę okrutnego traktowania... Miałam nadzieję, że jednak zmieni zdanie. Przed chwilą słyszałam nawet w jej głosie Gammę, którą nadal była... Wstałam i zrobiłam kilka kroków w stronę wyjścia z jaskini. Przez dwie sekundy patrzyłam na obóz i w tym czasie zdążyłam dostrzec Alfę, który mówił coś do kilku wysokich i umięśnionych basiorów, zapewne wojowników. Usłyszałam parę słów - "watahę", "bitwę", "za niedługo", "trenujcie". Czyli Cassie miała rację. Naprawdę szykowali się do walki.
- Dobrze - mruknęłam, nie odwracając się. - Pójdę już. Ostrzegę Yesterday'a... Szkoda tylko, że nie wrócisz ze mną...
<Cassie?>

Od Cassie cd Altair

0 | Skomentuj
W myślach wrzeszczałam ze złości. C o ona wyrabia?! Powinna wracać do Yesterday'a. Moją głowę rozsadzała syrena alarmowa. Dlaczego ona to robi?
Widziałam chaos w oczach przywódcy watahy, więc szybko wybiłam się przed szereg i stanęłam między nimi.
- To moja znajoma, kiedyś się spotkałyśmy. Naprawdę jest godna zaufania. - powiedziałam.
Chwilę patrzył pustym wzrokiem w moją stronę, po czym zamachnął się łapą. Nawet nie mrugnęłam, obrywając w policzek.
- Nie pytał cię nikt o zdanie. - warknął - Ale, skoro tak twierdzisz... Dobrze. Bierzesz za nią odpowiedzialność. Przyjmę ją. Zamelduj się w mojej jaskini dzisiaj wieczorem.
Zbiegowisko powoli się rozchodziło, choć nadal czułam wzrok niektórych ciekawskich.
- Nie wiem, co ty wyrabiasz, ale nie wiesz, na co się piszesz. - warknęłam.
- Cassie, ja ciebie potrze...- zatkałam jej pysk łapą.
- Jaka Cassie? Ona. Nie. Żyje. - warknęłam. - Pomyliłaś mnie z kimś.
- Kłamiesz! - powiedziała trochę za głośno, bo znowu skupiła na nas wzrok innych.
Westchnęłam zrezygnowana i pokazałam jej ruchem głowy, by za mną szła.
    Usiadłyśmy w małej, ciasnej jaskini, która została mi przydzielona.
- Altair, serio. Uciekaj stąd. - krążyłam nerwowo od ściany do ściany, co dawało mi w sumie trzy dłuższe kroki. - Możesz tam powiedzieć, że zginęłam. Bo nie wrócę. Wygnani nie wracają, chyba, że po zemstę. Wy b y l i ś c i e moją rodziną i nie mam sumienia was zaatakować. Zbierajcie armię, bo ci tam - wskazałam łapą na wyjście z groty- będą chcieli atakować.



<Alt? >