Od Scarlet CD Trou Noir

0 | Skomentuj
- Pewnie że może - westchnęła Scar. Niepotrzebnie tak śmieszkowała, ponieważ przypomniała sobie, że przecież nie pała do niego zbytnią sympatią. Nawet od Trou Noir czuć było pewną niechęć do współpracy z nią.
- Też musisz mieć imie zastępcze - stwierdził jej towarzysz, chowając zakorkowaną fiolkę do torby.
- Okej. Daj mi chwilę - Scarlet wstała i zaczęła chodzić w kółko, usiłując się namyślić - Athene?
- Athene? Czemu akurat to?
- Nie mam pojęcia, ale to jako pierwsze przyszło mi do głowy.
- Dobra, lepiej już chodźmy, Athene. Mamy mało czasu.
- To nie jest taki głupi pomysł, Blue Tornado.
Trou Noir wstał i wszedł aż po brzuch do lodowatej wody w Rzece Leminga. Już sam ten widok zmroził waderze krew w żyłach. Scarlet walczyła z myślami, ale ostatecznie dogoniła towarzysza.
Również jak on zostawiła swoje rzeczy w śniegu. Z wielkim bólem serca zostawiła tam też swój ukochany łuk
- Będę chora - syknęła, gdy poziom wody sięgnął jej brzucha.
Kiedyś na kilka lat znalazła się w lodzie. Nie chciałaby tego powtarzać, toteż szybko włożyła głowę pod wodę, by ją zaraz wyciągnąć. A gdy ją wyciągnęła przeżyła lekki szok.
Teraz wszystko wydawało jej się być bardziej rozmazana. Gdy zamrugała, nie widziała już odcieni szarości. Widziała czerń i biel. Jedynie czerń i biel. O nie.... nie.... nie teraz!
Zanurzyła głowę jeszcze raz, w nadziei, że wzrok jej się naprawi. Pod wodą zobaczyła ledwo widoczne widmo nurkującego leminga.
- A trzeba było iść z tym do Uzdrowicielki - zaszczebiotał leming, i rozpłynął się w wodzie.
A najgorsze dopiero miało nadejść... wadera najpewniej tylko zaszkodzi misji. Ale z drugiej strony... nie może się wycofać. Nie chciała, by ktokolwiek wiedział o jej problemach ze wzrokiem. Ona już wiedziała, co z nią zrobią, jak się dowiedzą. Albo ją zabiją lub wygnają, bo czyni więcej szkody niż pożytku, albo co gorsza... zostanie odsunięta od stanowiska zwiadowczyni, od pracy, którą przecież tak uwielbia....
Dopiero szturchnięcie basiora przywróciło ją do świata rzeczywistego.
- Już chyba wystarczy - powiedział, przecierając oczy.
- Racja - westchnęła Scarlet i popłynęła pieskiem ku drugiemu brzegowi Rzeki Leminga. Tak naprawdę, nie była do końca pewna, kiedy powinien zaczynać się grunt, bo teraz wszystko się ze sobą zlewało. Potem usiłowała wylać sobie całą wodę z uszu. Trou Noir dołączył do niej chwilę później.
- Nie wolisz może trochę odpocząć? - zaproponował.
- Nie trzeba - skłamała. Tak naprawdę potrzebowała przynajmniej.... tysiącletniego odpoczynku - Sam zresztą mówiłeś.... spieszy nam się.
Wilk wzruszył ramionami. Weszli do lasu. Scarlet cały czas musiała się pilnować, żeby nie przywalić nosem w jakieś drzewo. Na szczęście taki incydent nie miał miejsca, chociaż nie oznaczało to, że na początek mieli z górki.
Co to znaczy? A no znaczy to, że po kilku minutach marszu na Trou Noir skoczył szary wilk. Z niezwykle agresywnego zachowania napastnika Scarlet wywnioskowała, że był on gotowy rozszarpać towarzysza na miejscu, a później ją zgwałcić i zabić. Niekoniecznie w tej kolejności.
Jak najszybciej rzuciła się na szarego z kłami, pazurami, chociaż niestety bez niezastąpionego łuku.
Udało im się wspólnymi siłami odepchnąć napastnika, a był to naprawdę ciężki i duży osobnik. Ciekawe, co on je, że jest taki gruby. Zwinny, chociaż gruby, a przynajmniej jak na wilka. Dość dziwne połączenie.
Chciała dobiec do tamtego szarego, ale powstrzymał ją Trou Noir.
- Uspokój się - warknął na nią, a potem zwrócił się do szarego wilka - Nie chcemy kłopotów. To jest Athene, a ja nazywam się Blue Tornado. Szukamy sfory.
Napastnik długo nie odpowiadał. Być może ďopiero teraz zauważył różowo-niebieską grzywkę u Trou Noir.
- Ah tak? Dziwna z was para. Chodźcie za mną, i żadnych sztuczek.
Więc nic już nie mówili i szli za wilkiem. Szli już całkiem długo, nie natykając się na nikogo. W końcu Scarlet nieco przyspieszyła i zrównała się z prowadzącym.
- Proszę pana... jak się pan nazywa?
- Sivve - mruknął szary wilk.
- Panie Sivve, a dokąd tak właściwie zmierzamy?
- Mam rozkaz prowadzić każdych chętnych do przywódczyni - odpowiedział krótko szary basior. W gruncie rzeczy nie był już tak oschły, jak na początku. Chociaż jego głos nadal nie brzmiał optymistycznie.
- Do przywódczyni? - Do rozmowy włączył się Trou Noir - To ona?
Ukradkiem wymienił ze Scarlet porozumiewawcze spojrzenia.
Sivve przytaknął, ale nie odezwał się już więcej. Wkrótce wilki, zwane Blue Tornado i Athene poczuły, że temperatura powietrza dość szybko się obniża. Szary wilk prowadził ich do jaskini. Scarlet nie zauważyła lodu, który pokrywał podłogę, i tylko jej zwiadowczy refleks sprawił, że nie zjechała w dół.
Kilka wilków zaczęło szeptać coś między sobą. Teraz w jaskini było nawet zimniej, niż na obszarze tundry, podczas śnieżycy.
A potem zobaczyła j ą.

< Trou Noir? > Opis Kiby zostawiam w Twoich łapkach, Twój wilk ma duużo lepszy wzrok, a poza tym to w końcu przybrana ciotka jednego z Twoich wilków, także powodzenia :]

Od Lily'ego CD Nightmare

0 | Skomentuj
Zostali odrzuceni na niewielką odległość od zamarzniętego ciała Shairen. Lily podniósł się, widząc, że lód zaczął się topić, ociekając po czarnym futrze medyczki.
- Shai! - zawołał Lily, podbiegając do ledwo utrzymującej się na łapach wilczycy. Nightmare dołączyła do nich, a jej twarz wyrażała wielkie zdziwienie.
- Lepiej znajdźmy jakąś jaskinie - poleciła skrzydlata wadera - Chyba nie zdążymy dotrzeć do Elan, zanim....
- Zanim złapie nas śnieżyca?
Night pokiwała głową i pomogła mu nieść bezwładne ciało Shairen.
Znaleźli wreszcie opuszczoną lisią norę. Nie była wcale za duża - ich trójka ledwo się w niej pomieściła. Na szczęście Nightmare znalazła jeszcze miejsce na wyczarowanie magicznego ognia, a potem stworzyła tarczę, chroniącą ich przed mroźnym wiatrem.
Shairen nadal się nie odzywała. Tylko leżała zwinięta w kłębek i mruczała coś niezrozumiałego.
- Czym jest w ogóle ta cała broszka lodu? - zapytał Lily towarzyszki.
- To przedmiot, w którym zamknięta jest bardzo stara, arktyczna magia - wyszeptała Nightmare przyciszonym głosem - Potężna, ale niebezpieczna w nieodpowiednich łapach. Czytałam kiedyś coś o niej. Powinna być ukryta na biegunie północnym, nie wiem jak znalazła się na naszych terenach....
- Może ktoś ją podstępnie podrzucił innemu wilkowi? Żeby nas osłabić od wewnątrz, a potem uderzyć?
Na myśl przyszła mu natychmiastowo Kiba. Doskonały mag lodu, więc nie miałaby żadnych kłopotów z dostaniem się na biegun. Ale tym razem podszedł do tego typu oskarżeń bardziej sceptycznie. To mógł zrobić ktoś zupełnie inny, nawet Wilk Ognia.
- Racja, to nie mógł być przypadek - zgodziła się Nightmare - To niepokojące. Przy okazji, mogło na tym ucierpieć więcej wilków.
- Kuźwa.... muszę koniecznie dowiedzieć się, co za ćwierćmózg użył tej broszki....
- Chyba ważniejsze będzie najpierw zajęcie się poszkodowanymi.
- Faktycznie... - stwierdził Lily - A tą broszkę najlepiej zniszczyć....
Nagle Shairen zaczęła kaszleć krwią. Próbowała przy tym coś powiedzieć, ale za nic nie dało jej się zrozumieć.
Nightmare zaczęła krzyczeć. Ale z drugiej strony basior cieszył się, że jest tu z nim, niż gdyby miał sam próbować pomóc medyczce, ponieważ na magii znał się jak na wędkowaniu - czyli wcale. Co innego łowienie ryb.
Lily spoglądał raz na jedną, raz na drugą wilczycę. Nagle przyszedł mu do głowy bardzo szalony i ryzykowny pomysł.
- Potrzebuje medyka!
- Owszem - basior wstał i wychylił na moment łeb na zewnątrz - Night, czy dałabyś radę w smoczej formie zabrać mnie i Shairen do pyska i szybciutko pobiec stąd do jaskini Elan?
Było po niej widać, że propozycja Bety zaskoczyła ją bardziej niż najbardziej nieoczekiwany prezent pod choinkę.
- Jeśli masz jeszcze siłę, oczywiście - dodał.

< Nightmare? >

Od Tashiego CD. Lily'ego

0 | Skomentuj
Tashi próbował jeszcze wiele razy odnaleźć swoje ślady, trop, który doprowadziłby go spowrotem do wilków – jednak jego starania spełzły na niczym. Miał wrażenie, że jedynie gubi się jeszcze bardziej, coraz dalej wchodząc w las, dlatego postanowił w końcu zaprzestać usilnego poszukiwania drogi powrotnej. W niczym nie pomagał też panujący w lesie mrok; nadal było ciemno – świt jeszcze nie nastał, choć słońce zdawało się niedługo już wzejść nad horyzont, a drzewa dodatkowo rzucały na śnieg długie, wąskie cienie. Tak właściwie, to zaskakujące, jak szybko zdążyli się wszyscy z ich grupy przenieść z tundry do tajgi; wyruszyli w nocy, a bliscy dotarcia na miejsce byli jeszcze przed wschodem słońca. Och, swoją drogą... Pewnie już wyruszyli w dalszą podróż. No bo kto przedłużałby postój ze względu na jednego, nic nie wartego szczeniaka?
Jęknął cicho, w tej chwili siedząc tak zupełnie samemu pośród drzew, na zimnym śniegu, nie mając pojęcia, co mógłby ze sobą zrobić. Mróz nieprzyjemnie kłuł szczeniaka w zad, jednak ten już nie zwracał na to uwagi. Patrzył się nieprzytomnie w biały puch i myślał o tym całym zdarzeniu, o nowej watasze, i o swoim błędzie...
Heroica była innym wilkiem, niż te, które znał do tej pory. Była opiekuńcza, miła... ale jednocześnie rygorystyczna wobec nieposłusznych szczeniąt. Była naprawdę dla niego dobra... Kiedy po raz pierwszy zobaczył jej troskliwe, przyjazne spojrzenie, przypomniał mu się pewien wilk, którego delikatny uśmiech w tamtej chwili przemknął mu przez myśli. W tej chwili znów ujrzał pysk zmarłego basiora... I wspomnienie o nim ponownie zabolało Tashiego.
Szczenięta mieszkające razem z nim w jednej jaskini traktowały go obco i wcale im się nie dziwił. Nie potrafił natomiast zrozumieć ani zachowania Heroiki, ani intencji, jakimi kierował się Lily ratując Tashiego przed nieuniknioną, jak myślał szczeniak, śmiercią.
Młody wilk poczuł jeszcze boleśniejsze ukłucie żalu na myśl o tym, że miał szansę zyskać towarzyszy, i tej szansy nie wykorzystał. Towarzyszy, którzy nawet, jeśli przestaliby darzyć go taką łaską i dobrocią, to wciąż mogliby pomóc mu przeżyć. Nie, Tashiemu nie potrzebna była bowiem łaska i dobroć; nie oczekiwał od nowopoznanych wilków niczego więcej ponad zapewnienie bezpieczeństwa. Wystarczył mu sam fakt, że z nimi da radę przeżyć... Chciał tylko tego, nic więcej. Chciał żyć, nawet w najokropniejszych warunkach, najgorszym towarzystwie... A on, głupi, zgubił się! Stracił ostatnią szansę na przeżycie w tym okrutnym świecie!
Sam, zostawiony na pastwę losu w nieznanym mu lesie, nie mógł przecież zupełnie nic zrobić. Zdawał sobie sprawę, że jako słaby, zmarznięty szczeniak niedługo umrze, ale nie chciał pogodzić się z tą myślą. Gdyby mógł, to zacząłby rozpaczliwie szukać jakiejś drobnej zwierzyny, czegoś, co choć odrobinę zapełniłoby żołądek Tashiego. Ale nie mógł, bo łapy już zaczynały mu odmawiać posłuszeństwa, powoli odmrażane przez chłodne podłoże... Wilczek próbował je rozgrzać, chodząc nieustannie we wszystkie strony, gubiąc się coraz bardziej i bardziej... Skakał, machał łapami, próbując się wyzbyć tego niewygodnego obciążenia na kończynach, ale ono nie ustępowało.
Nagle usłyszał jakiś szmer. To skupiło uwagę Tashiego, a uszy i oczy natychmiast powędrowały ku odgłosowi. Następnie dotarła do niego woń... ta sama woń, która zaciekawiła Tashiego, ciągnąc jego zmysły, jak i łapy, daleko w las – to przez ten zapach się zgubił!
Wilk zobaczył jakieś poruszenie między krzewami okrytymi jedynie warstwą śniegu, a chwilę potem usłyszał tuż przy swoim uchu ciche słowa, zniżone do szeptu, których jednak nie zrozumiał – a może nawet nie chciał zrozumieć. Nagła, tak bliska obecność wywołała u Tashiego przerażenie. W oczywistym odruchu uskoczył od stworzenia, zapominając o zmarzniętych kończynach, na których boleśnie upadł.
To coś miało śnieżnobiałe futro, niezbyt potężny pysk i parę złotych, strasznych oczu skierowanych wprost w szczeniaka. ,,To coś" górowało nad nim, jednak z pewnością nie było tak wielkie, jak dorosłe wilki, choć zdawało się być do nich podobne... Miało wąski pysk i długi, gruby, ciągnący się za ,,tym czymś" po śniegu ogon. Tashi nigdy wcześniej nie widział czegoś takiego, ale instynktownie wiedział, że powinien się wycofać. Ta istota z pewnością nie była przyjazna...
— Nie powinieneś być tu sam, w środku lasu — wyszeptało zwierzę, nadal wwiercając się swoim spojrzeniem wprost w oczy szczeniaka. Nieznajomy zbliżył się do szczenięcia i bez dłuższego pogrywania rzucił się ku niemu, wgryzając w grzbiet, nim młody wilk zdążył zareagować. Szczenię pisnęło głośno, przewróciło się i wierzgnęło rozpaczliwie łapami.
Lecz białe zwierzę nie zdążyło porządnie wgryźć się w ciało Tashiego, bo już chwilę potem odskoczyło od szczeniaka jak poparzone, rzucając na niego jeszcze jedno niezdecydowane, odrobinę wściekłe spojrzenie, po czym zniknęło gdzieś między drzewami, uciekając szybko jak najdalej stamtąd.
Tashi na chwilę czuł się ogłuszony, ale gdy szum w jego uszach ustał... usłyszał wycie. Wycie wilka... I wtedy obudziła się w nim nadzieja. Tashi musi dać o sobie znać, nieważne kto to, wróg czy wilk z nowej watahy – to może być jedyna szansa!
Młody wilczek zacisnął zęby z bólu, jaki czuł na grzbiecie, ale zbierając w sobie siły uniósł łeb i najgłośniej, jak był w stanie, zaskowyczał. Niestety, jego żałosne zawodzenie nie było wystarczająco głośne...
Oby ten wilk go usłyszał.

<Lily?>

Od Nightmare CD Lily'ego

0 | Skomentuj
Na to słowo,, zwiewajmy" zareagowała na tych miast, zmieniła się w smoka i Lily natychmiast wskoczył na jej grzbiet. Przepełniona wadera natychmiast  wzbiła się w powietrze i zaczęła lecieć, spojrzała w dół i dostrzegła gromadę wilków patrzących na nią, zaczęła czytać w ich myślach.
-To smok, nie zagraża nam lepiej go nie zaczepiać a odleci- pomyślał jeden z wilków i spojrzał na przemienioną Nightmare, był to chyba przywódca bo wyglądało na to, że wszyscy go słuchają.
Basiora nie było widać gdyż był ukryte pomiędzy skrzydłami wadery. 
-Wy durnie! To nie jest smok! To przemienioną wilk! - wykrzyknął jeden z obcych wilków który był szary i miał na ciele wiele blizn.
-Zamknij się! Nie mamy pewności! Niech stąd odleci! - krzyknął przywódca zdzielając tamtego wilka po głowie. 
-On ma rację lepiej go zostawić- powiedział chyba biała wadera, było słychać po głosie iż jest to wadera.
-On nie ma racji!  - odparł że złością szary wilk
-Zamknij się! - do kłótni dołączył się jeszcze jeden jakiś żółty wilk 
Nightmare wraz z towarzyszem starał się powoli odlecieć tak aby nie zwracać za siebie uwagi. 
-Nie chcesz chyba mieć  na karku gniewu smoka! - powiedziała jakaś stara niebieska wadera która miała ciało poparzone. 
-No... - warknoł ten szary wilk 
I nagle ten szary wilk wyją łuk i strzały, zaczął szczęka ćwiczenia w stronę smoczycy. Zmieniona wadera starała się robić uniki ale podczas tego jej towarzysz mógłby spaść a to by mogło być tragiczne w skutkach. Więc wadera zleciała trochę niżej i zaziała ogniem który otoczył tamte wilki nie mogły się wydostać było widać  w ich oczach strach i przerażenie. Wadera wraz z towarzyszem na grzbiecie leciała nad tereny watahy. Z oddali było już widać owadzi las. Wadera leciała jeszcze przez chwilę, wylądowała a beta zszedł z jej grzbietu i znów zamienił a się w wilczyce. Do okoła było pusto i nie było żywego ducha, szli w głąb lasu tak aby znaleźć innych członków watahy. O dziwo las i cała ziemia była skuta twardym lodem. Wadera wraz z basiorem patrzyli na ten lodowy krajobraz, byli zaciekawieni co takiego mogła się stać bo samo z siebie by się to nie wzieło. Przepierzali kas dalej ostrożnie stawiając każdy krok, nagle w oddali dostrzegli coś w rodzaju lodowego wilka, podbiegli tam i dostrzegli zamrożoną Shairen, która wygląda ładnie jakby lód od tak skuł jej ciało.
-Nie, nie, nie - powiedziała patrząc na zamrożonego wilka 
-Co? - zapytałam Lily
-Jakiś wilk ma i użył broszki lodu- odparła że spuszczonymi uszami czarna wilczyca 
-To źle? - zapytał basior 
-I to bardzo źle - stwierdziła wadera 
Odeszła od zamrożonego wilka i nagle lód którym był pokryty las i wilk rozpłysł odrzucając dwa wilki na bok.
<Lily? Sorki, że trochę krótko ale mnie wena się słabo trzyma>

Od Trou Noir CD. Scarlet

0 | Skomentuj
Trou Noir zjawił się w jaskini Elan nieco spóźniony. Uzdrowicielka i Scarlet, z którą wyruszał na misję, czekały już w środku, nieco zniecierpliwione. Na powitanie Elan ofuknęła go za spóźnialstwo, po czym kazała im pójść za nią. Nie minęło pół minuty, a znaleźli się w nieznanym wcześniej basiorowi korytarzu. Sądząc po minie i spojrzeniu jego brązowo-białej towarzyszki, ona również nigdy tu nie była. Uzdrowicielka zaprowadziła ich do niewielkiej groty, ze ścianami zapełnionymi drewnianymi półkami. Na deskach stało mnóstwo buteleczek i słoików. Zielona wadera przez chwilę przesuwała i przekładała pojemniki, aż wyjęła dwie kryształowe fiolki z tęczowym płynem.
- Co to jest? - zapytał podejrzliwie Trou, przyglądając się trzymanym przez wilczycę naczyniom.
- Mały prezencik, który powinien ułatwić wam wykonywanie misji - odparła nieco zagadkowo Elan, po czym wręczyła jemu i Scarlet po jednej buteleczce.
- A... co mamy z tym zrobić? - spytała brązowo-biała wadera.
- Wypijcie łyk na granicy. Efekt potrwa jakąś dobę. W każdej butelce są trzy porcje - wyjaśniła Uzdrowicielka.
- Nie możesz nam dać jednej zapasowej? - Trou nie podobała się myśl, że być może będą mieli na wykonanie zadania tylko trzy dni. Co prawda ich misja nie była zbyt trudna, ale przecież mieli być tam nowi. Kto normalny ufa od razu wilkowi noszącemu zapach obcej watahy? Nawet Yesterday by się do tego nie posunął.
- Niestety nie - odparła Elan, ucinając rozmowę. Ruszyła do wyjścia, a Trou Noir i Scarlet nie pozostawało nic innego, jak podążyć za nią.
Gdy już znaleźli się poza grotą Uzdrowicielki, ciemnoszary basior jeszcze raz sprawdził, czy wziął wszystkie rzeczy, jakie wziąć zamierzał. W skórzanej sakwie miał zioła lecznicze i wysuszony kawałek mięsa; poza nimi wziął jedynie medalion, który otrzymał od przełożonego. Do torby schował również kryształową fiolkę otrzymaną od Elan.
- Idziemy? - zwrócił się do Scarlet, która siedziała nieopodal. Wilczyca jedynie kiwnęła głową, skupiona na jakimś niewidocznym dla Trou punkcie. Oboje ruszyli szybkim truchtem w kierunku granicy.
- Rzeczy chyba będziemy musieli gdzieś zostawić - zauważyła towarzyszka wilka.
- I wypadałoby zaliczyć kąpiel, żeby nie zdradzać się zapachem - odparł.
- Nie powiem, żebym miała ochotę włazić do rzeki o tej porze roku - mruknęła wadera. - Poza tym, to i tak chyba niewiele da.
- Nie zaszkodzi spróbować.
- Niech ci będzie. Ale może najpierw wypijemy ten eliksir od Elan? Jestem ciekawa, jakie ma działanie.
- Ja też - stwierdził Trou i na tym rozmowa się zakończyła. Oboje milczeli aż do dotarcia do granicy i schronienia się za kręgiem kilku głazów. Basior wyjął wówczas otrzymaną tęczową miksturę, jego towarzyszka poszła w jego ślady. Wilki odkorkowały butelki.
- To na pewno dobry pomysł? - zawahał się Trou Noir.
- Wątpię, by Elan albo Yesterday chcieli nas otruć - odrzekła jego towarzyszka i wypiła trochę płynu. Ciemnoszary basior bez entuzjazmu poszedł w jej ślady. Mikstura miała dziwny smak, na przemiam słodki, kwaśny i słony. W pewnym momencie na ułamek sekundy stracił wzrok. Gdy ponownie odzyskał zmysł, stała przed nim stalowoszara wilczyca i burgundowych oczach... i chichotała.
- O co chodzi? - zapytał Trou, przyglądając się jej ze zdziwieniem.
- Po... Powinieneś się przejrzeć - odparła Scarlet, usiłując opanować śmiech. Basior przeszedł kilka kroków i poślizgnął się na ukrytej pod śniegiem zamarzniętej kałuży. Leżąc w śniegu doszedł do wniosku, że zamarznięta woda może posłużyć za niezła lustro. Wstał, pochylił się nad taflą i... zaczął wrzeszczeć.
Z zamrożonej kałuży patrzył na niego jasnobrązowy wilk, obdarzony różową czupryną i takim samym ogonem. Część fryzury zafarbowana była na kolor pogodnego nieba. Jedno z jego uszu zostało przekłute, w tym miejscu znajdował się teraz nieduży srebrny kolczyk. Na lewej przedniej łapie basior miał trupią czaszkę i skrzyżowane dwa piszczele.
- Czy... ja... mam... różowe włosy!? - krzyknął Trou, odskakując od kałuży.
- Możliwe - odpowiedziała Scarlet, śmiejąc się cicho. - To takie złe?
- Pomyśl. Za kogo mnie wezmą inni?
- Za zbuntowanego Wilka Miłości? Chociaż, szczerze powiedziawszy, na buntownika to mi nie wyglądałeś - odpowiedziała. Trou zaczął zastanawiać się, z czego konkretnie się śmiała. Wpierw myślał, że z koloru włosów, ale teraz to całe "możliwe" nieco przeczyło tej wersji. Postanowił jednak odstawić rozmyślania na dalszy plan. Miał przecież parę misji do wykonania.
- No dobrze, niech ci będzie - mruknął bez większego entuzjazmu. - Jestem Kupidyn, syn jakiejś Wilczycy Miłości. Od małego czułem, że nienawidzę tego przeznaczenia, dlatego zrobiłem sobie tatuaż i pofarbowałem włosy oraz zmieniłem imię na Blue Tornado. Może być?
<Scarlet?>

Od Lily'ego CD Tashiego

0 | Skomentuj
- Czy ty musisz być taki ciężki? - warknął Lily do wilka, który znajdował się obecnie na grzbiecie czarnego wojownika.
Shogun zaklął cicho. Z powodu odmrożonych łap, zapewne.
- Idź, nie gadaj.
- A nie mógłbyś polecieć do swej ukochanej na własnych skrzydłach, a nie wykorzystujesz młodego wilka? - zasugerował basior, a Shogun pewnie położyłby teraz swoją łapę na czole, gdyby mógł. A nie mógł - jemu i wielu innym wilkom watahy odmroziły się kończyny. Ale skrzydła starszy członek straży mógł mieć nadal sprawne.
- Jesteś geniuszem - Shogun parsknął śmiechem, wznosząc się w powietrze.
- Zawsze do usług. Wiesz może, kto jeszcze potrzebuje pomocy medycznej?
- Kaylay chyba zmierzała do centrum watahy.
- Kaylay? - Lily uniósł brew. Chyba nie był zbyt dobrze doinformowany odnośnie nowych członków.
Shogun wzniósł się na wysokość trzydziestu stóp.
- Tam jest - wskazał kierunek i odleciał do Elan.
Lily natomiast czym prędzej pobiegł w wyznaczonym kierunku. Wkrótce zobaczył ciemnoszarą waderę leżącą w śniegu.
- Żyjesz? - zapytał, szturchając ją lekko. Przekręciła głowę, spoglądając na niego bez słowa zmęczonymi oczyma.
Basior zarzucił ją sobie na plecy i ruszył, nie marnując ani chwili.
- Co tu.... co tu się stało? - zapytała, kaszląc - Nagle jakiś lód unieruchomił moje łapy.
- Dlatego idziemy do Elan. Może coś wie. A przy okazji, jestem Lily, basior Beta.
- Kaylay. Dzięki za pomoc.
Mówienie sprawiało jej dużą trudność, więc Lily nie kontynuował już rozmowy. Zamiast tego przyspieszył, gdy zobaczył na horyzoncie jaskinię Elan.

* * *

Lily, zaraz po przekroczeniu progu jaskini Uzdrowicielki, ujrzał niecałą połowę watahy rozłożoną na futrach i drżących z zimna. Nawet było tam kilka szczeniąt, które przytulały się do losowych wilków.
Podeszła do nich Elan. Wyjaśniła mu pokrótce, gdzie ma odłożyć Kaylay, a potem grzecznie wyprosiła basiora z jaskini, by nie rozpraszał Shairen. Lily ufał, że zostawia szarą wilczycę w dobrych łapach.
Prascanny nie znalazł, a biedna Shai musiała pracować za je obie.
Następnie wysłała go (i jeszcze kogoś? na dalsze poszukiwania. Postanowił zajrzeć do Owadziego Lasu. Był tam też Yesterday, organizujący ostatnie zimowe mieszkania i pomagający Heroice ze szczeniakami.
Zauważył jakiegoś jasnego basiora, do którego podszedł, mimo iż obowiązki goniły.
- Nie widziałem cię tu wczesniej - mruknął do jasnego - Jak cię zwą?
- Aiden - przedstawił się nieznajomy - Wilczyca imieniem Altair powiedziała mi, że znajdę gdzieś tutaj Alfę Yesterday'a
- To ja - Yesterday wyrósł jak z pod ziemi - Lily, Heroica ma problem z odnalezieniem szarego szczeniaka, tego, co go z Mglistych Mokradeł wyniosłeś. Pomożesz jej go szukać?
Lily zastrzygł uszami, szukając wzrokiem Heroici, a gdy już ją znalazł, pobiegł w jej stronę.
- Dobrze, że jesteś - powiedziała drżącym głosem - Tashi gdzieś zniknął, a jeszcze przed chwilą go tu przyniosłam...
- Oczywiście, że pomogę - Czarny basior i, nie zatrzymując się, mijał kolejne drzewa iglaste.
Nie potrafił wyjaśnić, dlaczego martwi się bardziej o tego szczeniaka, niż o wilki, które coś przymroziło do gleby. Chociaż, jakby nie patrzeć, szczeniaki szybciej zamarzały, gdyż miały jeszcze cienkie futerka, czyż nie?
Nie miał pojęcia, od czego zacząć poszukiwania. Mało pamiętał z lat szczenięcych i właściwie nie wiedział, co jego szczenięca wersja mogłaby zrobić na miejscu Tashiego.
Przy okazji Lily przypomniał sobie incydent z sprzed tygodnia, kiedy to zupełnie przypadkowo oderwał ucho jednemu ze szczeniąt. Może nie powinien był tego robić, ale ta brązowa kulka zasłużyła. A Lily'ego ogarnęła niewyobrażalna satysfakcja. Nigdy nie przepadał za szczeniakami.
Ostatecznie, Lily i tak musiał oddać odgryzione ucho. A szkoda, bo chętnie by je sobie wstawił do ramki i powiesił w jaskini.
Wracając, w końcu, po kilkunastu minutach, kiedy pewnie Heroica wypruwała sobie żyły, udało mu się znaleźć szarego szczeniaka. A raczej ślady łapek, które doprowadziły basiora na skraj tundry, gdzie ślady się urywały. Bardzo możliwe, że szczeniak łaził teraz w śniegu. Szansa na znalezienie go tu była znikoma, chociaż był pewien sposób....
Lily przebiegł w głąb tajgi kilkadziesiąt metrów i głośno zawył. Dawno tego nie robił, nie miał też teoretycznie zbytnich uprawnień do wycia, gdyż z reguły to Alfa pierwszy wył. Jednak basior Beta na chwilę obecną nie wymyślił niczego lepszego. Spodziewał się jakiegoś odzewu, jednak nikt nie odpowiedział przez dłuższą chwilę, dopiero potem dało się słyszeć ciche wycie połączone nieco ze skomleniem. Lily po chwili mniej więcej wiedział już, dokąd powinien się udać.

< Tashi? >

Od Tashiego

0 | Skomentuj
Młody wilk wygramolił się ze swojego legowiska i niemal natychmiast poczuł na swojej sierści ostry, mroźny podmuch wiatru, przez co cicho sapnął i zadrżał z zimna, a z jego pyszczka wydobył się niewielki obłok pary. Najciszej jak mógł podszedł jeszcze kilka kroków ku wyjściu z jaskini; było ono niewielkie, ale na tyle duże, by przejść przez nie mógł dorosły wilk.
Rozejrzał się za starą, srebrzystą wilczycą; oczy szczenięcia szybko wyłapały opiekunkę leżącą w kącie jaskini, ogrzewającą tyle szczeniąt, ile mogła, swoją długą, grubą sierścią. Nie trzeba było wilka o spostrzegawczym oku, by zauważyć, że i niemłodą wilczycę dopadły już udręki niesione przez złowrogie, mroźne wiatry i chłodne noce. Była zmęczona tymi okrutnymi mrozami i opieką nad szczenięciami.
Tashi nie potrafił zasnąć. Nawet w swoim własnym, zadbanym legowisku – stosem cienkich skór reniferów – leżącym w najdalszym kącie groty, czuł na swoim grzbiecie liźnięcia wiatru wpadającego do jaskini przez niezakryte wejście do niej, co odpędzało spokojny sen od szczeniaka.
Tego dnia, gdy tajemniczy basior uratował młodego wilka z przerażających mokradeł, Tashi dostał się do tej jaskini, gdzie zaczęła opiekować się nim Heroika. Nie wiedział o niej nic, prócz jej imienia. Niewiele więcej wiedział o tym czarnym wilku, Lily'm. Nie widział go już wcale od tamtego dnia, w którym basior ocalił życie jednemu, słabemu szczeniakowi.
Pewnie to dlatego, że częstotliwość wizyt w ich grocie zmalała wraz z następnym dniem po dołączeniu Tashiego do grona szczeniąt oddanych pod opiekę srebrnej wilczycy – przerażające, zwłaszcza dla niego, mrozy nadeszły zupełnie niespodziewanie, już następnego dnia po tym, jak pod swoje skrzydła przygarnęła go Heroica. Wszystkie inne szczeniaki były od niego znacznie starsze – musiały już choć raz doświadczyć tego strasznego, nieustępującego zjawiska. A on, w przeciwieństwie do reszty, poczuł „porę mroźnych dni" – raz usłyszał to padające hasło w poprzedniej watasze – na własnej skórze. Wtedy zrozumiał, że nadchodzące chłody będą dla niego jeszcze gorszym okresem niż tydzień spędzony na mokradłach po porzuceniu przez swoje dawne stado. Gdy tak przyszło mu to do głowy, poczuł strach na myśl o tym, że gdyby ten wilk go zostawił... Gdyby nikt go nie znalazł... Już następnego dnia byłby martwy. Czy to szybciej z wycieńczenia i głodu, czy też dobity przez zimno, które nadeszło zupełnie niespodziewanie...
— Nie śpisz? — usłyszał Tashi gdzieś z kąta jaskini... Z tego kąta, w którym leżało przecież jedynie jego posłanie... Ciemnoszary wilczek odwrócił się ku szczeniakowi, który zdążył już się wygodnie umościć na jego miejscu odpoczynku. Musiał tam przeskoczyć pod nieuwagę Tashiego, a teraz patrzył tymi złośliwymi, zielonymi oczami wprost w niego; marznącego niedaleko od wejścia do jaskini, chuderlawego szczeniaka.
Szary wilk pomyślał, że lepszym wyborem byłoby nie rozpoczynanie kłótni z młodym złośliwcem. Brązowy basiorek od początku uwziął się na słabszego od siebie „nowego", ale pewne zdarzenie zniechęciło młodego wilka do dalszego dogryzania Tashiemu... na jakiś czas. Po tym, jak szary przypadkiem urwał ucho wrednemu basiorkowi, gdy ten próbował ukraść mu porcję lemingów, brązowy wilk z odjętym jednym uchem trzymał się na dystans, knując niemiłe plany wobec swego nowego wroga.
Z pyszczka młodego wilka, wraz z kłębkiem pary uleciało ciche westchnienie. Zignorował prowokujące chrapanie brązowego szczenięcia i wpatrzył się w przejście wyznaczające granicę między przytulną jaskinią a dworem. Tam, na zewnątrz, zobaczył wielkie chmury prędko sunące tuż przy ziemi; to był potężny wiatr niosący ze sobą śnieg daleko, poza znane mu tereny.
Niedługo mieli się przenieść... w jakieś lepsze miejsce, na przyjaźniejsze zimą dla wilków tereny. Tashi słyszał rozmowę Heroiki z inną dorosłą wilczycą; mówiły o tym, że podróż musi się zacząć niezwłocznie, gdy tylko pogoda zrobi się przyjemniesza. Zabranie tylu szczeniąt w takich warunkach pogodowych musi być trudne, dlatego wymaga to dobrego zorganizowania.
Pragnienie snu dotknęło powiek Tashiego, przymykając je nieznacznie. Wilk spojrzał tęsknie na swoje posłanie, w tej chwili okupowane przez brązowego wilka, i po chwili wahania niechętnie dając za wygraną położył się niedaleko wejścia do jaskini, przy wielkim głazie zatrzymującym mroźny wiatr na swojej drugiej stronie, na zewnątrz groty.
Na chwilę, nim Tashi zasnął, poczuł ukojenie; sen odpędził od niego uczucie zimna, niepokoju i przygnębienia, które czuł już od dłuższego czasu.
***
— H... Hej! — zawołał cicho Tashi, starając się zwrócić na siebie czyjąś, czyjąkolwiek uwagę. Gubił się w tym całym porannym szaleństwie, jakie ogarnęło każdego podczas przyszykowań do podróży – tam ktoś próbował zarządzać wszystkimi, tam z kolei inny ktoś zbierał swoje właśności i wymykał się w podróż na własną łapę... Wszędzie panował chaos.
Co się dzieje?
— Dzięki bogom, tu jesteś! — Usłyszał za sobą głośne westchnienie ulgi. Heroica...? Ale nie było czasu na rozmyślanie nad panującym chaosem – młode wilki wraz z opiekunami już wyruszali w drogę. Stara, kulejąca wilczyca złapała niezdarnie Tashiego, po chwili poprawiając chwyt, już pewniej trzymając młodego wilka w zębach. I wyruszyli.
***
Sam nie wiedział, w której chwili to się stało.
Dopiero co razem z innymi szczenięciami leżał w tymczasowym obozie, odpoczywał od męczącej podróży... a już w drugiej chwili znalazł się w środku tego lasu. Zupełnie sam. Jakiż był głupi, kiedy dał się uwieźć temu ponętnemu zapachowi z lasu! Teraz przyszło mu żałować za swoją bezmyślność.
Tashi położył uszy po sobie i obrócił się dwa razy wokół własnej osi, nadal mając nadzieję, że kogoś zobaczy, usłyszy, wywącha – cokolwiek!
Ale on nikogo nie zobaczył... Nie usłyszał... Ani nie wywąchał.
Młody wilk poczuł falę strachu, gdy zdał sobie z tego sprawę.
Zrozumiał...
— Ja... — Tashi jeszcze raz ogarnął otoczenie rozpaczliwym spojrzeniem, szukając pomocy, która nie nadejdzie.
...że się zgubił.

<Lily?>

Od Lily'ego CD Nightmare

0 | Skomentuj
Lily nie odpowiadał przez chwilę, gdyż ciągle czuł się dziwnie z powodu ich lekkiej sprzeczki przy windzie. Może faktycznie powinien czasem dać innym szansę? A nie myśleć tylko o sobie i własnych problemach?
- Okej - stwierdził w końcu.
Nightmare lekko się uśmiechnęła, a potem natychmiastowo w jej miejscu pojawił się duży, srebrzysty smok z jasnoniebieskimi końcami łusek.
Wchodzisz? - zabrzmiał głos wewnątrz głowy basiora. Dopiero po chwili zrozumiał, że komunikat pochodzi od przetransformowanej w smoczycę wilczycy. Nie znał się na smokach, ale coś słyszał, że te bardziej uzdolnione posługiwały się z innymi poprzez umiejętność telepatii.
Jedno wiedział na pewno: smoki mogły mieć naprawdę niesamowity i osobliwy głos.
- Jasne, oczywiście.
Lily jednym susem wskoczył po leżącym skrzydle i usadowił się pomiędzy barkami srebrnego smoka.
Spadniesz, jak się nie będziesz trzymał.
- Nie spadnę. Lećmy - powiedział basior. Mocno nim trząsnęło, kiedy Nightmare wystartowała. Było blisko, by zsunął się on po grzbiecie i ogonie smoka.
Skierował wzrok na chmury. Nie chciał patrzeć, jak ziema pod nim zostaje w tyle. Co prawda, kiedy sam latał, nie czuł takiego dyskomfortu, ale to było dobre trzy miesiące temu.
- Łał - zdołał wykrztusić, kiedy odważył się spojrzeć w dół i ujrzał Rzekę Leminga, która teraz wydała mu się niesamowicie piękna.
Po części żałował, że jest jeszcze dzień. Pamiętał nocne spacery w obłokach i małe światełka, będące jaskiniami.
O czym myślisz? - zapytała go smoczyca. Emanowała swego rodzaju szczenięcą radością, zupełnie tak, jakby był to jej pierwszy tego typu lot od bardzo dawna.
- A o niczym. Wybacz moje zachowanie w kopalni, wiesz... nie jestem zbyt przykładnym przykładem dobrego Bety. Przepraszam.
Lily musiał wrzeszczeć, żeby przekrzyczeć wiatr Północy (nie mylić z Północnym Wiatrem).
Też miewam gorsze dni, nie przejmuj się tym.
Lily wychylił się nieco, widząc, że zniżylu lot. Zrobiło mu się nieco przykro, gdyż nie zdążył nacieszyć się wystarczająco okazją lotu.
- Już lądujemy?
Wkrótce zacznie padać śnieg, czuję to. A przez niego nigdy nic nie widzę.
- Fakt, ja też nie.
Nightmare wyladowała twardo przy od niedawna zamarzniętej rzece Leminga. Zmieniła się z powrotem w wilczą formę, jednak Lily nie zdążył wcześniej zejść i w wyniku tego prawie na nią spadł.
- Wracajmy do Owadziego Lasu - zarządził basior Beta, otrzepując się ze śniegu.
Wadera pokiwała głową. Szli już dobry kwadrans, jednak nadal nie trafili do Owadziego Lasu. Basior nie czuł też ani jednego, znanego mu zapachu. Śnieg, jak przewidywała towarzyszka, wkrótce zaczął padać.
Po drodze natknęli się na zwłoki młodego łosia. Lily podszedł do nich, by zabrać je ze sobą, i wtedy zobaczył coś dziwnego.
Łoś miał rozszarpana tętnicę, ale wyjatkowo mało krwi wylanej na śnieg. Dokładniej, to aż sześć kropel.
- Cassie - szepnął
- Słucham?
- Cassie tu polowała.
- Skąd wiesz? - Nigdhtmare podeszła bliżej.
- Bo czuć - skłamał wilk.
Jakoś nie lubił rozpowiadać o dziwnej przypadłości tej niesprawiedliwie wydalonej wadery.
- Była naszą Gamma, zanim dołączyłaś, została wyrzucona, i od tamtego czasu nigdy już nie pojawiła się na terenach Watahy Krwawego Szafiru. Altair mówiła, że przyłączyła się tymczasowo do naszych wrogów, wilków z Watahy Niezwyciężonych Wojowników. A teraz musisz wiedzieć, że....
- .... że jesteśmy na terytorium wroga? - wtrąciła Nightmare.
Lily pokiwał głową, zauważając zaniepokojenie, jakie malowało się na twarzy wadery.
- Wracajmy, zanim nas tu ktoś namierzy, bo tak się składa, że jesteśmy z nimi bliscy wojny.
Zanim Night zdążyła, broń boże, zaprzeczyć, oboje usłyszeli wycie, najpierw jednego, a potem całej gromady wilków.
- Zwiewajmy.

< Nightmare? > Sory, że takie długie, ale jak jest wena, to trzeba korzystać =>

Od Nightmare CD Lily'ego

0 | Skomentuj
Nightmare jechał po woli starą windą w dół, po mimo tego, że winda dość skrzypiała i w każdej chwili mogła spaść wilczyca była spokojna i czekała aż dojedzie na sam dół. Zaczęła myśleć co z jej towarzyszem z krórym się rozdzialiła, on zapewnie teraz mozolnie teraz wspinał się bez sensu po tych torach, ale wadera zbyt długo nad tym nie myślała gdyż dojechał a sam dół.
Była droga w dwie strony prawo i lewo, wadera miała dylemat w którą stronę ma iść ale po minucie stania bezczynnie postanowiła iść w prawo. Szła powoli rozglądając się po korytarzu który przemierzała był on dość jasny bo co jakieś pół metra-metr płoneły pochodnie. Z oddali było widać jakieś światło ale Nightmare nie wiedziała co to. Pobiegła truchtem w stronę skąd dobiegały promienie które raziły ją bo przez ten cały czas trwała w półmisku. Była już przy końcu i wyszła z tunelu zauważyła słońce którego promienie odbija się od śniegu prosto w oczy czarnej wadery. Rozejrzała się do okoła i stwierdziła, że jest za wichrowymi wzgużami, zaczęło ją gryźć sumienie, że zostawiła wilka samego. Zaczęła się wahać czy po niego nie wrócić, zastanawiała się chwilę i przyszedł jej do głowy pewien pomysł. Szybko wleciała do szybu sztolni i leciała tą drogą którą wyszła z kopalni, dotarła do windy i zniszczyła ją i poleciała w górę. W ciągu kilku sekund znalazła się przed tymi torami, zamieniła się w smoka i zaczęła lecieć w zdłuż toru wagonu. W połowie trasy dostrzegła Lily'ego, poleciała do niego i złapała go za kark, uniosła i zaczęła lecieć z basiorem była już przy windzie wleciała pierwsza, zamieniła się w wilka bo jako spoko by się tam nie mieściła, basior spadał za nią. Pewnie życie przelatywało mu przed oczami gdyż za pewne ni ufał czarnej jak noc waderze.
Ona była już na ziemi zamieniła się w smoka a basior miękko wylądował na jej grzbiecie. Chciał już coś powiedzieć ale ona znów złapała go za kark i poleciał a z nim do wyjścia, po nie spełnia minucie byli już na zewnątrz. Wadera go postawiła i zamieniła się spowrtem w wilka.
-Miałam dobre przeczucie aby tutaj jechać a ty mi nie zaufałeś - powiedziała wadera z lekkim wyrzymutem
-Raz ci się udało, to czysty przypadek - wymruczał cicho basior
-Może ale wydostaliśmy się i możemy wracać do reszty watahy- stwierdziła już nie co łagodniejszym głosem
-Tak, wracajmy - odparł i zaczął się wspinać na wzgórze
-Nie zamienić się w smoka i zanieść cię? Będzie szybciej - stwierdziła z lekkim uśmiechem wadera.
I czekała na odpowiedź że strony basiora który tylko krótko na nią spojrzał.
<Lily? >

Od Kaylay C.D Yesterday

0 | Skomentuj
Niedźwiedzica mnie wzięła i poszła ze mną, Yesterday'em oraz swoim mężem do swojej jaskini. W jaskini niedźwiedzie w mgnieniu oka rozpaliły ognisko. Nie od dziś miśków nie darzyłam szacunkiem, dziś było nie innaczej.
-Kolejny raz bardzo przepraszam-powiedziała Bożena
-Nic się nie stało-powiedział uśmiechając się Yesterday.
Ja tylko warknęłam i popaczyłam się oschło na Bernarda, czy jak mu tam było.

>>><<<

Gdy tylko wyschłam oddałam szal Bożenie.
-My już będziemy lecieć.-powiedział basior
-Może jeszcze zostaniecie lub coś jeszcze zjecie?
-Nie nie nie, my już pójdziemy. Do widzenia dziękujemy za pyszny obiad. Yesterday ma rację. Do widzenia!-powiedziałam po czym z pośpiechu wypchałam wilka z groty.
-no to idziemy dalej.-powiedział basior patrząc się przed siebie.
Droga minęła nam szybko. Szliśmy lasem, prosto po ścieżkach i przez krzaki. W końcu doszliśmy do Owadziego Lasu.
-Odprowadzić cię?-spytał Yesterday
-Dzięki, ale dam radę.
-Ok.
Rozeszliśmy się w inne strony. Gdy tylko weszłam do jaskini położyłam się na progu. Nie mogłam dalej leniuchować więc poszłam sobie. Dziwnie mi było z faktem że wpadłam do jeziora. Pobiegłam przed siebie myśląc o całej tej sytuacji. Nagle zamiast biec zaczęłam  się turlać. Zapewne potknęłam się o jakiś kamyk.
-Muszę zapamiętać, aby nie biegać w tedy kiedy myślę.-mruknęłam pod nosem.
Próbowałam wstać lecz zraniona kończyna mi to uniemożliwiła. Gdy tylko wstałam upadłam i syknęłam z bólu. Chwilę jeszcze leżałam na ziemi. Wstałam i kulejąc zmierzałam w kierunku mojej jaskini. W oddali zobaczyłam Yesterday'a. Śnieg był na tyle duży że na końcu łapy nie było widać krwi, gorzej wyżej, lecz to jakoś nie rzucało się w oczy. Szłam próbując jak najmniej kuleć.
-Witam. Jak tam po przygodzie?-spytał
-Dobrze. Właśnie wracam ze spaceru.
- Bardzo się cieszę że nic ci nie jest. Nie będę zawracał ci już głowy-powiedział po czym poszedł dalej. Trochę mi zajęła droga do jaskini. Gdy doszłam od razu padłam pod ścianą.

<Yesterday?>

Od Prascanny CD Yesterday'a

0 | Skomentuj
Yesterday wyszedł to co mi powiedział zabolało i to bardzo, mógł zostwawić na tamtym śniegu to nie maiał by tego "zmartwiena na głowie"  czyli mnie, po co mnie ratował nie prosiłam chciałam umrzeć! Myślałam i z mojego futra wypadła broszka o której całkiem zapomniałam wziałam ją w zęby i ile sił wybiegł am na dwór gdzie straszne spał śnieg. Usiadłam. Byłam wściekła i zarazem smutna ale wściekłość brała górę wzięłam broszkę w łapę i mocno ją ścisnełam.
-Koniec tych łez, koniec tych trosk, koniec z uczuciami, koniec z ogniem teraz tylko lód! Czy serce czyste czy też czarne lód je pochłonie i zamrozi na zawsze! - wypowiedziałam te słowa i moje oczy zaświeciły się całe niebieskim kolorem i lód zaczął skuwać moje ciało od łap po głowę. Po kilku minutach stałam się lodowy potworem który serce ma z lodu.

 Broszka zamieniła się w naszyjnik który wisiał na mojej szyi. Niewinna i słaba wilczyca zamieniła się w potężnego lodowe go potwora. Poszłam śladami basiora,  gdzie kolwiek przeszłam wszystko skuwał twardy jak głaz lód. Połowa terenów watahy była skuta lodem i nikt nie był w stanie temu zapobiec. Byłam co raz bliżej wilka w oddali widziałam go łapy miał skute lodem,  nie mógł się ruszyć. Wolnym krokiem zamierzała w jego stronę stanełam przed nim. Dumny, wielki, groźny i bez względny lodowy potwór stanoł przed wilkiem. Patrzył ma mnie z przerażeniem.
-K... K...k... Kim ty jesteś? - zapytał przerażony nie poznając mnie swojej dawnej przyjaciółki.
-Day... Czyżbyś mnie nie poznawał? - zapytałam śmiejąc mu się w twarz.
-Nie poznaje cię! - krzykną próbując zasmakować swój strach
-Do prawdy? Nie poznajesz mnie? - zapytałam krążące w okół niego
-Nie, nie poznaje cię - odparł patrząc na mnie przerażonym wzrokiem
-To przecież ja Prascanna tylko w lepszej wersji - stwierdziłam że złowieszczym uśmiechem - Teraz jestem silna, teraz jestem mądra, teraz nie mam uczuć, teraz ty już nie masz że mną problemów, czyż nie tego chciałeś? - zapytałam patrząc prosto w jego ślepia
-Nie chciałem tego! - warknoł na mnie
-Racja racja racja ty chciałeś mojej śmierci! - warknełam groźnie
-Nawet się nie wypieraj, bo w prost to powiedziałeś- dodałam groźnym tonem po chwili.
Wilki nic nie odpowiedział tylko spojrzał na mój naszyjnik i chyba sobie przypomniał o nim.
- Tego chciałeś... Teraz na musisz się nikim przejmować bo wszyscy zostaną skuci lodem - powiedziałam krążące w okół niego
-Nie chcę tego! - wykrzyknął szczerząc zeby.
-A mi wydaje  się, że chcesz- odparłam
-Nie!
-Gdzie jest ta Prascanna? Ta którą znałem? - zapytał patrząc w moje oczy jakby chciał odnaleźć dawna mnie
-Już jej nie ma! - krzyknęłam rozwścieczona - W moich żył ach nie ma krwi a serce me skute lodem jest- powiedziałam
-Jest, a twoje serce takie nie jest, ty nie jesteś demonem- odparł e jakoś bez przekonania
Nic nie powiedziałam tylko wziałam jeden z lodowych sopli  i przecie łam łapę, nie wpłynęła  z niej krew. To był dowód, że w moich żyłach nie płynie krew.
-Chcesz jeszcze jakiś dowodów? - zapytałam złośliwie
-Nie- wymruczał cicho i zerwał z szyji mój naszyjnik.
Nagle lód zniknął i został tylko puchowy śnieg, a ja znowu zaczęłam zmieniać się w tą słabą, nie udolną, głupią i brzydką Prascanną którą byłam wcześniej, straciłam tą siłę którą miałam a brożka była gdzieś w śniegu. Ja upadłam i widziałam tylko ciemność. Za nim "odleciał" zdołała powiedziećg
-Jaka kara mnie za to czeka?
<Yesterday? >

Od Lily'ego CD Nightmare

0 | Skomentuj
Lily zaraz po wygramoleniu się z zardzewiałego wagonu opadł na grunt. Nadal słyszał szybkie łomotanie swojego serca. Tylko ludzie mogli stworzyć taką chorą maszynę. Głośne, klaustrofobiczne i zdecydowanie za szybkie.
- Co to za miejsce? - zapytała Nightmare.
Jej wcale nie kręciło się w głowie. Jak gdyby nic łaziła sobie po obszernym pomieszczeniu.
- Cholera wie - parsknął basior, podnosząc wzrok. Ciekawość zmotywowała go do wstania i dokładnego obejrzenia jaskini.
Kolejne cholerne pochodnie, kilka kilofów i coś, co wyglądało jak wielka, płaska kładka wisząca na linie. Kiedy Lily podszedł bliżej, zobaczył pod kładką jedynie ciemną otchłań. Zapewne to coś służy lub służyło ludziom za windę.
- Zjeżdżamy?
Basior zobaczył swoją towarzyszkę, tą wariatkę, która podchodziła do niego z pochodnią w pysku. Pokręcił natychmiastowo głową.
- Na tym? Nie wygląda zbyt stabilnie - ocenił - Te liny muszą mieć kilkadziesiąt lat. Najpewniej spadniemy, nie zdążysz nawet kiwnąć palcem.
- A widzisz tu inną drogę?
- Widzę.
- A gdzie?
Wskazał łapą na tory. Na upartego dało by się wspiąć po nich z powrotem.
- Boisz się? - prychnęła Nightmare.
- To się nazywa logiczne myślenie. Spójrz na to z innej strony. Nie mamy jedzenia. A ja powinienem wrócić, jestem potrzebny naszym braciom i siostrom, tam, na górze.
Wadera przez chwilę nie odpowiadała, a potem podeszła do starej windy.
- Znam się na tym - Wskoczyła na drewnianą platformę.
- Uważaj, bo podpalisz liny - Basior spojrzał na pochodnie, którą ta nadal trzymała w pysku - Nawet nie wiesz, co jest na dole.
Powiedział to dokładnie w chwili, podczas której Nightmare rzuciła pochodnie w otchłań. Usłyszeli przytłumione wybuchy, trwało to niecałą minutę. Windą lekko zakołysało, ale szara wadera nadal na niej stała.
- Czemu boisz się iść ze mną? - zapytała - Cały dynamit już wybuchł, nie mamy się czego obawiać....
Lily zaśmiał się ponuro, jeszcze raz zerkając w otchłań. Nightmare była naprawdę lekkomyślna. Chciałby nie być odpowiedzialny za takie szalone przypadki. Miał nawet ochotę przeciąć liny, ale sumienie mu nie pozwalało.
- Mów za siebie - syknął - Masz wspaniałe skrzydła. Możesz w każdej chwili stąd wylecieć, a mnie nic nie uratuje przed upadkiem z wysokości. Taka głupia, bezsensowna śmierć.
- Ty miałeś skrzydła - zauważyła wadera - Jak to się stało, że już ich nie masz?
- Przez taką naiwność.
Skłamał. Chociaż, może to po części była prawda. W końcu był to czas, kiedy Lily robił wszystko dla niesamowitych wrażeń, jak na przykład atakowanie dwójki uzbrojonych ludzi w pokedynkę. T
Ale tak naprawdę nie znał prawdziwych okoliczności utraty drogocennych skrzydeł. Może była to sprawka Kiby? O! Na pewno jej. Ona pewnie też nasłała na niego i Nightmare tego lodowego potwora.
Pamiętajcie: co złego to Kiba.
- Nie mogę tu tak bezsensownie zginąć - westchnął, siadając - Jestem prawą ręką Alfy. Zresztą jestem wojownikiem, a nie archeologiem.
Tashi, pomyślał basior Beta. Obiecał wyszkolić tego szczeniaka na wojownika. I głównie dlatego wolał wyjść na powieszchnie w jednym kawałku.
- Chodź! - zawołała wilczyca.
- Nue, to ty chodź! Ja przynajmniej muszę wracać. Życzę powodzenia.
Nightmare nie odpowiedziała. Złapała za linę i winda zjechała powoli, głośno skrzypiąc, w dół. A niech się na tych linach powiesi :<.
Chyba najwyższy czas wrócić i przetestować ten drugi korytarz. Tak.... niby nie powinni się rozdzielać. Ale Nightmare sobie poradzi: ba, nawet bardziej pasuje na maga, niż na wojowniczkę. Ale coś w niej było, co działało basiorowi na nerwy, i ich rozdzielenie zapewne lepiej wyjdzie na zdrowie obojgu.
Lily z burczącym brzuchem rozpoczął mozolną wspinaczkę po torach.

< Nightmare? > Lily dostał -50 do nastroju ponieważ ma klaustrofobię -.-