Nie no.... faktycznie wiele się dowiedział. Jako Beta mimo wszystko spodziewał się dłuższej konwersacji z Cassie, bądź co bądź jeszcze oficjalnie Gammą watahy, ale cóż, wyszło jak zawsze.
Usiłował jeszcze zapytać ją o to, co powinni zrobić z jej stanowiskiem, ale wilczyca puszczała takie pytania mimo uszu. Strasznie jej się jak widać spieszyło, gdyż perfidnie wepchnęła Lily'ego do wody bez pożegnania, a potem uciekła w las.
Zdecydowanie basiorowi nie podobała się perspektywa spędzania w wodzie więcej czasu, niż to konieczne, toteż popłynął pieskiem na drugi brzeg. Potem jeszcze raz zerknął na przeciwległy brzeg Rzeki Leminga.
Może za jakiś czas spróbuje ponownie, z lepszym rezultatem? I tym razem niosąc w pysku jakiegoś świeżo ubitego zająca.... taaak, to jest myśl.
Nie rób tego, Lily, naprawdę nie warto.
Czarny basior rozejrzał się wokół, lecz nie spostrzegł żywej duszy. Głos zdawał się dochodzić ze środka jego umysłu.
Co tak stoisz? Idź, zajmij się czymś produktywnym, i weź skończ myśleć o tej Gammie, która, nie sposób nie zauważyć, definitywnie nie jest już waszą Gammą od... ilu? Dwóch miesięcy?
- Kim jesteś? syknął Lily, nadal szukając tajemniczego rozmówcy wzrokiem.
Powiedzmy, że twoim Zdrowym Rozsądkiem, powiedział głos, Pragnę ci coś uświadomić. Chyba najwyższy czas wrócić do jakiegoś treningu, jak za dawnych lat. Przed paroma minutami dałeś się tak banalnie zaskoczyć.
- Pieprz się - warknął cicho Lily, idąc do Owadziego Lasu - Kim jesteś, żeby mi mówić, co mam robić? Nikim, tylko jakimś zabitym przez nudę duchem, który lubi wyżywać się na niewinnym basiorze Beta.
Głos mówił takim tonem, jakby powstrzymywał się od śmiechu:
Taaak? A ile wilków zabiłeś przez swoje calutkie życie?
- Nie policzyłbym tego na palcach wszystkich kończyn, ale proszę, zamknij już jadaczkę i idź męczyć kogoś innego.
Ku zdziwieniu basiora, głos faktycznie sobię odpuścił. Lily miał szczerą nadzieję, że na zawsze.
Mimo to, tamten byt trafił w czuły punkt w pewnej kwestii. Basior Beta faktycznie od bardzo dawna nie trenował. Nigdy nie umiał znaleźć czasu, był głodny lub po prostu brakowało mu motywacji i siły woli do wznowienia treningów. A może jednak jest zbyt słaby na brutalny klimat Północy?
Nie może być! Musi walczyć, musi polować, by przetrwać zimę. Polowanie to jego życie, a jedno wiedział na pewno: nie osłabią się jego umiejętności, jeżeli w tym momencie natychmiast pójdzie na polowanie....
Pomyślał, że rzeczywiście nie ma sensu dalej próbować przekonać Cassie do rozmowy, skoro uparła się, by nie mówić, i czuje się teraz pełnokrwistym członkiem Watahy Niezwyciężonych Wojowników. Zauważył też, że to była strata czasu, i szkoda strzępić ryja.
Co prawda polowanie nie poszło do końca po jego myśli, bo zderzył się z czarną wilczycą, i uciekł mu przez to obiad, ale to już inna historia.
The End. Już nie będę tego dalej ciągnąć, najzwyczajniej w świecie poddaję się, sory Cassie :<
Od Nightmare CD Lily'ego
0 | Skomentuj
Autor:
Dobermanka
Nightmare wydawało się, że Lily ma dość już tych przygód i jest wyczerpany, zmierzał truchtem po przez śnieg do swojej jaskini. Po słowach basiora ,,dobranoc" wadera stała chwilę na śniegu patrząc na wilka który powoli się oddalał. Widziała, że jest wyczerpany a pogoda nie sprzyjała, postanowiła iść za nim tak dla bezpieczeństwa. Wskoczyła na drzewo i skakał z gałęzi na gałąź, cały czas była nad Lily'm i poruszała się za nim cały czas skacząc z gałęzi na gałąź. W pewnym momencie beta zwolnił z truchtu do stępa i powoli zmierzał do swojej jaskini, wiatr nagle zaczął wiać mocniej i jedna z dość sporych gałęzi uderzyła Lily'ego w głowę, a ten upadł i zendlał. Nightmare zeskoczyła z drzewa i chwyciła nieprzytomnego basiora za kark i zaczęła go ciągnąć w kierunku jego jaskini, wyczuł jego zapach więc łatwo było odnaleźć jego jaskinie, po kilku minutach Nightmare zaciągneła już towarzysza do jego jaskini, zamieniła się w smoka i rozpaliła ognisko obok którego położyła basiora i znów zmieniła się w czarną wilczycę. Poleciała szybko w miejsce gdzie dopadli białego rena, były tam jego skóry Nightmare wzięła je i zaniosła do jaskini basiora i położyła go na nich a następnie wyszła z jego jaskini stopiła sobie kawałek śniegu przed jego jaskinią i stworzyła pole siłowe które chroniło ją przed wiatrem i śniegiem. Położyła się w przyszykowanym miejscu i zasneła.
Z samego rana obudziły ją promienie słońca które raziły ją w oczy. Wstała przeciągneła się kilka razy i ziewnieła, po tych czynnościach usunęła pole siłowe które stworzyła, podeszła i zajrzałam do jaskini wilka który jeszcze spał. Ognisko się jeszcze żażyło, Nightmare zauważyła w oddali zająca którego upolowała i położyła obok jeszcze śpiącego bety. Gdy to zrobiła poleciała do tajgi w nadzieji, że coś upolujmy. Wylądowała gdzieś w środku tajgi i zaczęła tropić swoją zdobycz, węszyła tak kilka dobrych minut aż w końcu wytropiła i zabiła jakieś małe zwierzę które było jej zaledwie przekonską. Wróciła do owadziego lasu i z braku lepszych rzeczy do roboty zaczęła się po nim przechadzać, prze gadają się tak po lesie nagle na jej łapie zatrzasnoł się potrzask ludzki potrzask na niedźwiedzie, Nightmare krzyknęła bardzo głośno.
<Lily? I Nightmare jest czarna i ciemna>
Z samego rana obudziły ją promienie słońca które raziły ją w oczy. Wstała przeciągneła się kilka razy i ziewnieła, po tych czynnościach usunęła pole siłowe które stworzyła, podeszła i zajrzałam do jaskini wilka który jeszcze spał. Ognisko się jeszcze żażyło, Nightmare zauważyła w oddali zająca którego upolowała i położyła obok jeszcze śpiącego bety. Gdy to zrobiła poleciała do tajgi w nadzieji, że coś upolujmy. Wylądowała gdzieś w środku tajgi i zaczęła tropić swoją zdobycz, węszyła tak kilka dobrych minut aż w końcu wytropiła i zabiła jakieś małe zwierzę które było jej zaledwie przekonską. Wróciła do owadziego lasu i z braku lepszych rzeczy do roboty zaczęła się po nim przechadzać, prze gadają się tak po lesie nagle na jej łapie zatrzasnoł się potrzask ludzki potrzask na niedźwiedzie, Nightmare krzyknęła bardzo głośno.
<Lily? I Nightmare jest czarna i ciemna>
Od Yesterday'a CD. Prascanny
0 | Skomentuj
Autor:
Hobbit Hommik
Gdy nagle kontakt z Bloody'm się urwał, zarówno porucznik Copper, jak i Yesterday wiedzieli, że dzieje się coś złego. Szary wilk spekulował, że to prawdopodobnie Prascanna go zabiła. Alfie Watahy Krwawego Szafiru nie bardzo przypadł do gustu ten pomysł, ale nie bardzo wiedział, jaki mógłby być inny powód utraty łączności. Copper zapewnił go co prawda, że burgundowy Teletubiś wkrótce się odrodzi, ale mimo to Day był zły na przemienioną medyczkę, że go zabiła.
Wściekł się jeszcze bardziej, gdy wilczyca wpadła do groty, po czym odcięła mu wszystkie drogi ucieczki lodową ścianą. Chyba nawet nie zauważyła, że przecięła w ten sposób na pół stół. Gdy zaczęła go wypytywać, odpowiadał jedynie z konieczności przeżycia. Gdyby pomylił się choć raz... Kiba wygrałaby, a Wataha Krwawego Szafiru zniknęłaby, zapewne bezpowrotnie. Kiedy odpowiedział na ostatnie z pytań, Prascanna bezceremonialnie chwyciła go za kark, niczym szczeniaka. Zanim opuścili grotę, zdążył tylko posłać błagalne spojrzenie w kierunku stojącego po drugiej stronie lodowego muru porucznika.
Lodowa wilczyca biegła najpierw tunelem, a potem korytarzami zamku Heatherhill. Jak na ruiny, ta część budowli trzymała się zaskakująco dobrze. Co prawda otwory w ścianach, to jest okna, nie były niczym zabezpieczone i wpadał przez nie do środka lodowaty wicher, ale przynajmniej nie istniało zagrożenie zawalenia się sufitu i śmierci obu wilków pod gruzami. Chociaż Prascanna zapewne wyszłaby z tego cało. Nie wyczuwając żadnego zagrożenia, Yesterday usiłował się wyrwać. Niestety, przemieniona medyczka trzymała go mocno... aż do chwili, gdy wbiegła do jakiejś olbrzymiej sali i nie otworzyła pyska z zaskoczenia.
Przed nią, w całej swojej białej, chłodnej okazałości, stała Kiba. Na jej pysku jej siostrzeniec dostrzegł wymalowany uśmieszek, zarazem triumfalny i jakby złośliwy.
– Przecież... przecież cię zamroziłam. Stałaś... stałaś zamrożona na zewnątrz! – zawołała Prascanna, wpatrując się z niedowierzaniem w waderę o futrze koloru śniegu.
– Prawdę powiedziawszy... to nie byłam ja. Zamroziłaś taki ludzki biały tron... chwila, jak oni go nazywają? Ach tak, ubikacja – odparła Kiba, uśmiechając się jeszcze szerzej i szczerzej. – Jeden z moich podwładnych włada iluzją i jak widać, oszukał twój wzrok.
– Muszę przyznać, że choć to nieco dziwne, to jednak skuteczne posunięcie – odezwał się Yesterday, zbliżając się o krok czy dwa w kierunku ciotki. – Tak w ogóle, to chyba pierwszy raz w życiu cieszę się, że cię widzę.
– Yesterday? – szepnęła towarzysząca mu medyczka, jeszcze bardziej zdumiona zaistniałą sytuacją.
– Miło słyszeć – odpowiedziała biała wilczyca, ignorując Prascannę. – Może teraz zechcesz do mnie dołączyć, drogi siostrzeńcu?
– Uratowałaś mnie od dalszego... hm... upokorzenia? – odpowiedział Day. – Ale... chyba nie skorzystam z propozycji. Wybacz, ciociu.
– Może jednak? – próbowała dalej Kiba.
– Lubię ciemność. Ale moje serce należy do jasnej strony – odparł Alfa Watahy Krwawego Szafiru, wpatrując się w ciotkę zarazem uważnie i łagodnie. – Wróć z nami do watahy. Znajdzie się tam dla ciebie miejsce.
– Chyba śnisz! – warknęła wadera, jeżąc się. Wyglądała, jakby mogła zaatakować w każdej chwili.
– Proszę... – wyszeptał wolno basior. Kiba jedynie potrząsnęła głową i skoczyła w jego stronę. Jednak jedno pchnięcie potężnej łapy Prascanny odesłało ją na spotkanie ze ścianą. Starsza wilczyca odbiła się od kamienia i upadła bez ruchu na ziemię.
– Musimy uciekać! – zwróciła się medyczka do Yesterday'a, usiłując ponownie chwycić go za kark. Jednak Alfie udało się uniknąć złapania. Po wykonaniu szybkiego uniku, stanął naprzeciw zbudowanej teraz z lodu wadery. Czuł się zdecydowanie dziwnie, ale ogarnął go również spokój. Działał w zgodzie z samym sobą.
– Co ty robisz? – zdziwiła się jego towarzyszka. – Musimy uciekać, zanim się ocknie. Albo wróci któryś z jej sługusów.
– Ona wciąż pozostaje moją ciotką – odparł Day pełen wiary we własne słowa.
– Co z tego? Zło przeżarło już jej serce. Nie ma w niej dobra – odrzekła Prascanna.
– Zachowuje się dziwnie, to prawda. Próbowała zabić zarówno mnie, jak i Bloody'ego. Zniszczyć moją watahę. Ale, mimo tego, że zawsze jej odmawiam, wciąż próbuje przeciągnąć mnie na swoją stronę.
– Chce cię wykorzystać, nie rozumiesz tego!?
– A może po prostu wciąż stara się uratować siostrzeńca? Może jest dla niej nadzieja!?
– Gadasz głupoty – warknęła krótko medyczka. Tym razem udało jej się złapać Alfę i wybiec z ruin zamku. Nieszczęśliwy basior zastanawiał się nad losem swej ciotki. Na pewno nie była zła od samego urodzenia. Coś musiało spowodować tę przemianę. Może gdyby wypytał Heroikę...
Ta wariatka próbowała cię zabić, a ty chcesz ją uratować?
Znów siedzisz w mojej głowie? – warknął w myślach Yesterday. – Nie możesz wrócić do Alt?
Od czasu do czasu miło porozmawiać z kimś innym – odrzekł Północny Wiatr. – Naprawdę jesteś aż taki naiwny i myślisz, że jej wciąż na tobie zależy?
Kto wie, może jednak mam rację. Słuchaj, Wiatr, będę sobie uważał, co chcę, jasne?
Żeby tylko nie wyszło to na złe watasze.
Może wyjdzie nawet na dobre – odburknął w myślach basior.
Yesterday, tak? Trafiłem do dobrej głowy? – w umyśle beżowego wilka rozległ się nowy głos.
Czekaj... Neviden? – zdziwił się Day.
Tak. Moim zdaniem jest jeszcze dla niej szansa... Ale to zaburzyłoby znany ci porządek – odparł tajemniczy właściciel głosu.
Co masz na myśli? – zapytali chórem Alfa i Północny Wiatr.
Teraz nie pora na wyjaśnienia...
Po czym Neviden zniknął z umysłu basiora. Yesterday odczuł, jakby kompan jego siostry wzruszył ramionami, a potem również się rozpłynął. Wilk westchnął. Został sam ze swoimi myślami... Jednocześnie mając za towarzyszkę zimnokrwistą Prascannę. Nie wiedział, kiedy jego tajemniczy rozmówca powróci z dalszymi odpowiedziami... W dodatku prawdopodobnie zostanie wniesiony do watahy jak szczeniak przez lodowe monstrum. Trzeba przyznać, niezbyt zachęcająca wizja przyszłości.
Wściekł się jeszcze bardziej, gdy wilczyca wpadła do groty, po czym odcięła mu wszystkie drogi ucieczki lodową ścianą. Chyba nawet nie zauważyła, że przecięła w ten sposób na pół stół. Gdy zaczęła go wypytywać, odpowiadał jedynie z konieczności przeżycia. Gdyby pomylił się choć raz... Kiba wygrałaby, a Wataha Krwawego Szafiru zniknęłaby, zapewne bezpowrotnie. Kiedy odpowiedział na ostatnie z pytań, Prascanna bezceremonialnie chwyciła go za kark, niczym szczeniaka. Zanim opuścili grotę, zdążył tylko posłać błagalne spojrzenie w kierunku stojącego po drugiej stronie lodowego muru porucznika.
Lodowa wilczyca biegła najpierw tunelem, a potem korytarzami zamku Heatherhill. Jak na ruiny, ta część budowli trzymała się zaskakująco dobrze. Co prawda otwory w ścianach, to jest okna, nie były niczym zabezpieczone i wpadał przez nie do środka lodowaty wicher, ale przynajmniej nie istniało zagrożenie zawalenia się sufitu i śmierci obu wilków pod gruzami. Chociaż Prascanna zapewne wyszłaby z tego cało. Nie wyczuwając żadnego zagrożenia, Yesterday usiłował się wyrwać. Niestety, przemieniona medyczka trzymała go mocno... aż do chwili, gdy wbiegła do jakiejś olbrzymiej sali i nie otworzyła pyska z zaskoczenia.
Przed nią, w całej swojej białej, chłodnej okazałości, stała Kiba. Na jej pysku jej siostrzeniec dostrzegł wymalowany uśmieszek, zarazem triumfalny i jakby złośliwy.
– Przecież... przecież cię zamroziłam. Stałaś... stałaś zamrożona na zewnątrz! – zawołała Prascanna, wpatrując się z niedowierzaniem w waderę o futrze koloru śniegu.
– Prawdę powiedziawszy... to nie byłam ja. Zamroziłaś taki ludzki biały tron... chwila, jak oni go nazywają? Ach tak, ubikacja – odparła Kiba, uśmiechając się jeszcze szerzej i szczerzej. – Jeden z moich podwładnych włada iluzją i jak widać, oszukał twój wzrok.
– Muszę przyznać, że choć to nieco dziwne, to jednak skuteczne posunięcie – odezwał się Yesterday, zbliżając się o krok czy dwa w kierunku ciotki. – Tak w ogóle, to chyba pierwszy raz w życiu cieszę się, że cię widzę.
– Yesterday? – szepnęła towarzysząca mu medyczka, jeszcze bardziej zdumiona zaistniałą sytuacją.
– Miło słyszeć – odpowiedziała biała wilczyca, ignorując Prascannę. – Może teraz zechcesz do mnie dołączyć, drogi siostrzeńcu?
– Uratowałaś mnie od dalszego... hm... upokorzenia? – odpowiedział Day. – Ale... chyba nie skorzystam z propozycji. Wybacz, ciociu.
– Może jednak? – próbowała dalej Kiba.
– Lubię ciemność. Ale moje serce należy do jasnej strony – odparł Alfa Watahy Krwawego Szafiru, wpatrując się w ciotkę zarazem uważnie i łagodnie. – Wróć z nami do watahy. Znajdzie się tam dla ciebie miejsce.
– Chyba śnisz! – warknęła wadera, jeżąc się. Wyglądała, jakby mogła zaatakować w każdej chwili.
– Proszę... – wyszeptał wolno basior. Kiba jedynie potrząsnęła głową i skoczyła w jego stronę. Jednak jedno pchnięcie potężnej łapy Prascanny odesłało ją na spotkanie ze ścianą. Starsza wilczyca odbiła się od kamienia i upadła bez ruchu na ziemię.
– Musimy uciekać! – zwróciła się medyczka do Yesterday'a, usiłując ponownie chwycić go za kark. Jednak Alfie udało się uniknąć złapania. Po wykonaniu szybkiego uniku, stanął naprzeciw zbudowanej teraz z lodu wadery. Czuł się zdecydowanie dziwnie, ale ogarnął go również spokój. Działał w zgodzie z samym sobą.
– Co ty robisz? – zdziwiła się jego towarzyszka. – Musimy uciekać, zanim się ocknie. Albo wróci któryś z jej sługusów.
– Ona wciąż pozostaje moją ciotką – odparł Day pełen wiary we własne słowa.
– Co z tego? Zło przeżarło już jej serce. Nie ma w niej dobra – odrzekła Prascanna.
– Zachowuje się dziwnie, to prawda. Próbowała zabić zarówno mnie, jak i Bloody'ego. Zniszczyć moją watahę. Ale, mimo tego, że zawsze jej odmawiam, wciąż próbuje przeciągnąć mnie na swoją stronę.
– Chce cię wykorzystać, nie rozumiesz tego!?
– A może po prostu wciąż stara się uratować siostrzeńca? Może jest dla niej nadzieja!?
– Gadasz głupoty – warknęła krótko medyczka. Tym razem udało jej się złapać Alfę i wybiec z ruin zamku. Nieszczęśliwy basior zastanawiał się nad losem swej ciotki. Na pewno nie była zła od samego urodzenia. Coś musiało spowodować tę przemianę. Może gdyby wypytał Heroikę...
Ta wariatka próbowała cię zabić, a ty chcesz ją uratować?
Znów siedzisz w mojej głowie? – warknął w myślach Yesterday. – Nie możesz wrócić do Alt?
Od czasu do czasu miło porozmawiać z kimś innym – odrzekł Północny Wiatr. – Naprawdę jesteś aż taki naiwny i myślisz, że jej wciąż na tobie zależy?
Kto wie, może jednak mam rację. Słuchaj, Wiatr, będę sobie uważał, co chcę, jasne?
Żeby tylko nie wyszło to na złe watasze.
Może wyjdzie nawet na dobre – odburknął w myślach basior.
Yesterday, tak? Trafiłem do dobrej głowy? – w umyśle beżowego wilka rozległ się nowy głos.
Czekaj... Neviden? – zdziwił się Day.
Tak. Moim zdaniem jest jeszcze dla niej szansa... Ale to zaburzyłoby znany ci porządek – odparł tajemniczy właściciel głosu.
Co masz na myśli? – zapytali chórem Alfa i Północny Wiatr.
Teraz nie pora na wyjaśnienia...
Po czym Neviden zniknął z umysłu basiora. Yesterday odczuł, jakby kompan jego siostry wzruszył ramionami, a potem również się rozpłynął. Wilk westchnął. Został sam ze swoimi myślami... Jednocześnie mając za towarzyszkę zimnokrwistą Prascannę. Nie wiedział, kiedy jego tajemniczy rozmówca powróci z dalszymi odpowiedziami... W dodatku prawdopodobnie zostanie wniesiony do watahy jak szczeniak przez lodowe monstrum. Trzeba przyznać, niezbyt zachęcająca wizja przyszłości.
<Prascanna?>
Od Tashiego CD. Lily'ego
0 | Skomentuj
Autor:
Unknown
Ból odczuwalny na grzbiecie nie ustępował, a słabe ciałko drżało pod wpływem chłodnego wiatru. Tashi chciał jedynie umościć się w wygodnym, ciepłym posłaniu i odpocząć od bólu i od tego zimna. Pragnął jak najszybciej wrócić do reszty wilków, z dala od tego lasu. Nadal był wstrząśnięty po próbie zabicia go przez ,,to coś’’, coś, czego nie znał i nigdy przedtem nie spotkał.
Młody wilk postanowił się więcej nie odzywać w drodze powrotnej. Wiedział, że nie czekają go przyjemności za całe to zdarzenie, a kary nie uniknie, jednak pomimo tego cieszył się, że został szczęśliwie znaleziony. W dodatku jego wybawicielem znów okazał się Lily, który wcale nie wydawał się zły na niego, no może nie patrząc na fakt, że częste kichnięcia Tashiego widocznie mu przeszkadzały... Może jednak imię szczeniaka okazuje się mieć w sobie jakąś magiczną prawdę? No bo czy to nie właśnie szczęście – czy też zbieg okoliczności – wciąż utrzymywało go przy życiu?
Podczas powrotu do reszty watahy Tashi przypomniał sobie pewne zdarzenie za czasów pobytu w stadzie Kiby. Radość ze szczęśliwego odnalezienia uleciała ze szczenięcia wraz z myślą, która przyniosła do niego wspomnienia o pewnym szczeniaku... Tashi pamiętał, jak widział jego potajemne wymknięcie się poza skalne mury tamtej nocy, gdy szczeniak, którego ledwo znał, chciał uciec... A już następnego dnia przyprowadzony przez straż musiał zmierzyć się z konsekwencjami, jakimi była śmierć. Tashi musiał wtedy patrzeć na jego cierpienie, tak samo, jak patrzył na cierpienie swojego przyjaciela.
Ale Tashiemu zawsze udawało się minąć z represjami, więc oby i tym razem jego szczęście zatrzymało z dala od niego karę śmierci... albo coś... gorszego...
Teraz tylko czekać na ciepłe powitanie... pomyślał Tashi, odchylając uszy do tyłu w akcie skruchy i już czując na swoim nosku nerwowe swędzenie. Srogie spojrzenie Heroiki bowiem nie mogło zwiastować niczego dobrego...
Młody wilczek nie potrafił powstrzymać – tak bardzo stosownego w tym momencie – kichnięcia. Ale dla Heroiki wydało się to być zaledwie niewartym uwagi szczegółem, podczas gdy Lily, którego czarne futro na łbie ponownie przez to ucierpiało, wymamrotał pod nosem ciche przekleństwo. Czarny wilk prędko postawił szczeniaka na ziemi, najwidoczniej chcąc pozbyć się niewygodnego zagrożenia, iż mając Tashiego na swoim grzbiecie naraża się na całkowite zasmarkanie karku i łba – i zachowanie wojownika jest absolutnie zrozumiałe...
— Lily! — zawołała jakaś wadera, niewidoczna z punktu widzenia Tashiego, na co czarny basior zareagował ulatniając się bez pożegnania. I to by było na tyle, jeśli chodzi o kogoś, kto mógłby złagodzić karę dla Tashiego...
Jednak, co za szczęście, tym razem udało mu się ucieknąć od kary, przynajmniej na jakiś czas. Ponieważ Heroica szybko zauważyła ranę na małym ciele szczeniaka, a w pobliżu właśnie przechodziła medyczka, to też zaniepokojona staruszka zawołała szarą wilczycę, chcąc, by zabrała młodego wilka i się nim szybko zajęła.
— Muszę się tobą natychmiast zająć! — oznajmiła Uzdrowicielka pewnym głosem, widząc stan Tashiego. I choć szczenię zapewniało, że ,,wszystko jest dobrze i nie czuje się źle’’, wilczyca świetnie widziała paskudny ślad po ugryzieniu na grzbiecie wilczka i jego osłabione spojrzenie.
<Lily?>
Młody wilk postanowił się więcej nie odzywać w drodze powrotnej. Wiedział, że nie czekają go przyjemności za całe to zdarzenie, a kary nie uniknie, jednak pomimo tego cieszył się, że został szczęśliwie znaleziony. W dodatku jego wybawicielem znów okazał się Lily, który wcale nie wydawał się zły na niego, no może nie patrząc na fakt, że częste kichnięcia Tashiego widocznie mu przeszkadzały... Może jednak imię szczeniaka okazuje się mieć w sobie jakąś magiczną prawdę? No bo czy to nie właśnie szczęście – czy też zbieg okoliczności – wciąż utrzymywało go przy życiu?
Podczas powrotu do reszty watahy Tashi przypomniał sobie pewne zdarzenie za czasów pobytu w stadzie Kiby. Radość ze szczęśliwego odnalezienia uleciała ze szczenięcia wraz z myślą, która przyniosła do niego wspomnienia o pewnym szczeniaku... Tashi pamiętał, jak widział jego potajemne wymknięcie się poza skalne mury tamtej nocy, gdy szczeniak, którego ledwo znał, chciał uciec... A już następnego dnia przyprowadzony przez straż musiał zmierzyć się z konsekwencjami, jakimi była śmierć. Tashi musiał wtedy patrzeć na jego cierpienie, tak samo, jak patrzył na cierpienie swojego przyjaciela.
Ale Tashiemu zawsze udawało się minąć z represjami, więc oby i tym razem jego szczęście zatrzymało z dala od niego karę śmierci... albo coś... gorszego...
***
— Skaranie boskie! — zawołała już u progu groty Heroica. Widocznie czekała na powrót Lily'ego, i to mając nadzieję, że wróci on z Tashim, bo natychmiast po ujrzeniu tej dwójki wilków na jej pysku zakwitła ulga, choć ton głosu wyraźnie sugerował niezadowolenie. Tak, oto wrócili – cały i zdrowy Lily oraz niekoniecznie zdrowy, ale wciąż cały, Tashi!Teraz tylko czekać na ciepłe powitanie... pomyślał Tashi, odchylając uszy do tyłu w akcie skruchy i już czując na swoim nosku nerwowe swędzenie. Srogie spojrzenie Heroiki bowiem nie mogło zwiastować niczego dobrego...
Młody wilczek nie potrafił powstrzymać – tak bardzo stosownego w tym momencie – kichnięcia. Ale dla Heroiki wydało się to być zaledwie niewartym uwagi szczegółem, podczas gdy Lily, którego czarne futro na łbie ponownie przez to ucierpiało, wymamrotał pod nosem ciche przekleństwo. Czarny wilk prędko postawił szczeniaka na ziemi, najwidoczniej chcąc pozbyć się niewygodnego zagrożenia, iż mając Tashiego na swoim grzbiecie naraża się na całkowite zasmarkanie karku i łba – i zachowanie wojownika jest absolutnie zrozumiałe...
— Lily! — zawołała jakaś wadera, niewidoczna z punktu widzenia Tashiego, na co czarny basior zareagował ulatniając się bez pożegnania. I to by było na tyle, jeśli chodzi o kogoś, kto mógłby złagodzić karę dla Tashiego...
Jednak, co za szczęście, tym razem udało mu się ucieknąć od kary, przynajmniej na jakiś czas. Ponieważ Heroica szybko zauważyła ranę na małym ciele szczeniaka, a w pobliżu właśnie przechodziła medyczka, to też zaniepokojona staruszka zawołała szarą wilczycę, chcąc, by zabrała młodego wilka i się nim szybko zajęła.
***
Uzdrowicielka Watahy Krwawego Szafiru latała we wszystkie strony, pomagając każdemu choremu z osobna, gdy Tashi przybył do jej jaskini. Wilczyca o futrze pięknego, zielonego koloru ledwo się ze wszystkim wyrabiała, dlatego przybycie szarej medyczki, która przyniosła do tego miejsca Tashiego, zdawało się być wybawieniem dla zapracowanych łap Uzdrowicielki; w końcu ktoś ją zastąpi. Szara wadera, która przedtem przedstawiła się Tashiemu jako Shairen, postawiła go na ziemi i od razu przejęła robotę zielonej wilczycy. Elan nareszcie miała czas, aby odpocząć, a jednak zauważyła ciemnoszarego szczeniaka i otwierając szerzej oczy podeszła do niego szybkim krokiem.— Muszę się tobą natychmiast zająć! — oznajmiła Uzdrowicielka pewnym głosem, widząc stan Tashiego. I choć szczenię zapewniało, że ,,wszystko jest dobrze i nie czuje się źle’’, wilczyca świetnie widziała paskudny ślad po ugryzieniu na grzbiecie wilczka i jego osłabione spojrzenie.
<Lily?>
Nitro - NPC
0 | Skomentuj
Autor:
BiałyKieł56
Imię: Nitro
Pseudonim: Nitka - tak nazywa ją Yesterday ;)
Płeć: Wadera
Wiek: 2 lata i 1,5 miesiąca
Charakter: Nitro jest miła i towarzyska, jednak woli raczej przebywać w małym gronie zaufanych przyjaciół. Często jest nieufna i podejrzliwa. Mimo wszystko można jej powierzyć tajemnice i mieć pewność, że nic nie wygada, może wykluczając niektóre sytuacje, kiedy zrobi to w dobrej wierze. Jeżeli się na kogoś bardzo zezłości - potrafi być niebezpieczna. Łatwo może wtedy zrobić komuś krzywdę. Mimo to potrafi kochać i w głębi serca potrzebuje miłości i akceptacji.
Hierarchia: Omega
Stanowisko: Mag (po wprowadzeniu zmian w stanowiskach będzie się starać o pozycję Przywoływacza, to jej skryte marzenie). Jej dodatkowym zajęciem jest wykopywanie nowych dołów dla ciał na cmentarzach, chociaż dostaje za to grosze.
Rasa: Wilk Trupów
Moce: Nitro może przywrócić czyjąś duszę na kilka krótkich minut do świata żywych, jednak tylko ona jest w stanie się z tą duszą porozumiewać.
Uczy się postarzania żywych istot, trenując na razie na roślinach.
Najlepiej wychodzi jej przywoływanie mniejszych zwierząt w wersji żywych trupów.
Najlepiej wychodzi jej przywoływanie mniejszych zwierząt w wersji żywych trupów.
Zainteresowania: Polowanie, rysowanie, wykonywanie swojego zawodu, zabawa magią. Lubi zakopywać zwłoki w różnych lokacjach, w różnym ułożeniu, przecież każdy jest inny i niepowtarzalny, to i niech leży niepowtarzalnie.
Historia: W sumie to nic nie pamięta... Musiała się czymś mocno walnąć w głowę. Czasami miewa pewne przebłyski pamięci z dzieciństwa, ale nic poza tym. Pamięta tylko jak szła przed siebie zupełnie sama i trafiła tu. Nie było jej łatwo zaklimatyzować się w nowym gronie, jednak w końcu dała radę. Obecnie chodzi z miejsca na miejsce, nie mając jednej, konkretnej jaskini, dlatego można ją czasem spotkać śpiąca w całkiem dziwnych jak dla spania miejscach.
Historia: W sumie to nic nie pamięta... Musiała się czymś mocno walnąć w głowę. Czasami miewa pewne przebłyski pamięci z dzieciństwa, ale nic poza tym. Pamięta tylko jak szła przed siebie zupełnie sama i trafiła tu. Nie było jej łatwo zaklimatyzować się w nowym gronie, jednak w końcu dała radę. Obecnie chodzi z miejsca na miejsce, nie mając jednej, konkretnej jaskini, dlatego można ją czasem spotkać śpiąca w całkiem dziwnych jak dla spania miejscach.
Rodzina: Nie pamięta. . . .
Partner: Nie ma.
Potomstwo: Nie przypomina sobie, żeby kiedykolwiek jakieś posiadała. Pomimo to raczej lubi szczeniaki.
Pieniądze: 200 WZ
Ekwipunek: brak
Autor: Ratinka
Inne zdjęcia: Używając mocy
Towarzysz: Nie ma, aczkolwiek różne dzikie zwierzęta, takie jak wiewiórki czy lemingi bardzo lubią przebywać w jej towarzystwie, ona sama nie wie, dlaczego. Może to przez to, że jest wegetarianką i gryzonie nie muszą obawiać się zostania jej obiadem?
Partner: Nie ma.
Potomstwo: Nie przypomina sobie, żeby kiedykolwiek jakieś posiadała. Pomimo to raczej lubi szczeniaki.
Pieniądze: 200 WZ
Ekwipunek: brak
Autor: Ratinka
Inne zdjęcia: Używając mocy
Towarzysz: Nie ma, aczkolwiek różne dzikie zwierzęta, takie jak wiewiórki czy lemingi bardzo lubią przebywać w jej towarzystwie, ona sama nie wie, dlaczego. Może to przez to, że jest wegetarianką i gryzonie nie muszą obawiać się zostania jej obiadem?
Od Lily'ego CD Nightmare
0 | Skomentuj
Autor:
BiałyKieł56
- Fajnie się leci?
- Tak, tak - odpowiedział z automatu Lily, który obecnie bardziej dbał o to by nie spaść z grzbietu smoka, i któremu już od dłuższego czasu kręciło się w głowie. Nie chciał jednak robić - Fajnie się leci?
- Tak, tak - odpowiedział z automatu Lily, który obecnie bardziej dbał o to by nie spaść z grzbietu smoka, i któremu już od dłuższego czasu kręciło się w głowie. Nie chciał jednak robić Nightmare przykrości, widząc, jak bardzo cieszy się z latania na tak dużym obszarze. Niech czyni sobie ten okrutny świat nieco lepszym, jeśli ma na to chęci i pozytywną energię.
Zastanawiało go też, czy ten potwór, którego uwięzili pod jeziorem, odszedł na zawsze. Bo w końcu jest martwy, prawda? Bardziej martwy już chyba nie będzie, a z nadejściem lata znów wataha będzie mieć problem z żywym trupem.
Chociaż to i tak było nic w porównaniu z innymi wrogami Watahy Krwawego Szafiru.Nightmare jeszcze wykonała parę salt w powietrzu szykowała się do lądowania.
- Tylko tym razem wyląduj na n a s z y c h terenach - zaznaczył basior Beta, wspominając ich wcześniejsze wtargnięcie na tereny Watahy Niezwyciężonych Wojowników.
Usłyszał tylko przytaknięcie, a przy samym lądowaniu o mało nie zsunął się przez bok na śnieg. Ostatecznie udało mu się stoczyć po skrzydle srebrnej smoczycy w miękką zaspę bielutkiego śniegu.
Znajdowali się na niższych piętrach Poszarpanych Szczytów, a stamtąd nie było już daleko do Owadziego Lasu.
- Może lepiej wracajmy już do jaskiń? - zasugerował towarzyszce Lily, ziewając - Nie wiem jak tobie, ale mi się chce powoli spać.
- Chyba masz rację. Zaraz zrobi się ciemno.
Wilk bardzo rad był z faktu, że jasna wadera była bardzo podobnej myśli. Wstał, otrzepując futro ze śniegu, a potem ruszył za Nightmare.
Podróż minęłam im w ciszy. Oboje byli zmęczeni dzisiejszymi wydarzeniami i jakoś żadne z nich nie kwapiło się do zaczynania jakiejkolwiek rozmowy. Do tego było zimno, i wiał nieprzyjemny, arktyczny wiatr.
Wreszcie dotarli do zimowych jaskiń. Tam też wpadli na obcą waderę o biało-szarym futrze.
- Coś ty za jedna? - syknął Lily, ale jego zdenerwowanie było uzasadnione. Ostatnio na skraju wschodniej granicy aż roiło się od szpiegów.
- Nitro jestem - odezwała się nieznajoma - Szukam watahy, podobno znajdują się jakieś w tej okolicy.
Nightmare spojrzała na basiora pytająco, a ten spojrzał jeszcze raz na biało-szarą wilczycę. Czy mogła być szpiegiem? W końcu ostatnio Yesterday wysłał dwójkę wilków do wrogiej watahy z identycznym wytłumaczeniem.
Ale nie zaszkodzi dać tej waderze szansy, jeżeli tylko Lily zachowa czujność.
- Dobrze trafiłaś - powiedział w końcu - Właśnie znajdujesz się na terenach Watahy Krwawego Szafiru. Mówisz, że chcesz dołączyć?
Nieznajoma przytaknęła.
- Jestem Betą, nazywam się Lily. Zaprowadzę cię zaraz do Alfy....
- Iść z tobą? - wtrąciła Nightmare.
- To nie będzie konieczne - mruknął Lily - Lepiej zrobisz, jak pójdziesz się wyspać.
- Jesteś pewien? - szepnęła prawie niedosłyszalnie biała, dyskretnie wskazując na Nitro.
- Oczywiście, poradzę sobie.
Wilczyca zostawiła go samego z potencjalną nową. Basior ruszył w kierunku jaskini Alfy, ostrzegając jeszcze nowo poznaną, by nie próbowała na nim sztuczek.
Nowa faktycznie była dziwniejsza, niż by się po niej można spodziewać. Zakomunikowała, by się jej przyszła wataha nawet nie kłopoczyła z szukaniem dla niej jaskini, bo ona poradzi sobie doskonale bez niej. Lily dowiedział się też, że ma dwa lata, jest wegetarianką i najchętniej zostałaby egzorcystą. Pytała też, czy mamy jakiś watahowy cmentarz, bo chciała by opiekować się grobami, a wtedy Lily powiedział podniesionym głosem, żeby, na litość boską, zachowała te pytania na rozmowę w Yesterday'em, bo i tak nie zapamiętał połowy z tego co powiedziała.
- Tak, tak - odpowiedział z automatu Lily, który obecnie bardziej dbał o to by nie spaść z grzbietu smoka, i któremu już od dłuższego czasu kręciło się w głowie. Nie chciał jednak robić - Fajnie się leci?
- Tak, tak - odpowiedział z automatu Lily, który obecnie bardziej dbał o to by nie spaść z grzbietu smoka, i któremu już od dłuższego czasu kręciło się w głowie. Nie chciał jednak robić Nightmare przykrości, widząc, jak bardzo cieszy się z latania na tak dużym obszarze. Niech czyni sobie ten okrutny świat nieco lepszym, jeśli ma na to chęci i pozytywną energię.
Zastanawiało go też, czy ten potwór, którego uwięzili pod jeziorem, odszedł na zawsze. Bo w końcu jest martwy, prawda? Bardziej martwy już chyba nie będzie, a z nadejściem lata znów wataha będzie mieć problem z żywym trupem.
Chociaż to i tak było nic w porównaniu z innymi wrogami Watahy Krwawego Szafiru.Nightmare jeszcze wykonała parę salt w powietrzu szykowała się do lądowania.
- Tylko tym razem wyląduj na n a s z y c h terenach - zaznaczył basior Beta, wspominając ich wcześniejsze wtargnięcie na tereny Watahy Niezwyciężonych Wojowników.
Usłyszał tylko przytaknięcie, a przy samym lądowaniu o mało nie zsunął się przez bok na śnieg. Ostatecznie udało mu się stoczyć po skrzydle srebrnej smoczycy w miękką zaspę bielutkiego śniegu.
Znajdowali się na niższych piętrach Poszarpanych Szczytów, a stamtąd nie było już daleko do Owadziego Lasu.
- Może lepiej wracajmy już do jaskiń? - zasugerował towarzyszce Lily, ziewając - Nie wiem jak tobie, ale mi się chce powoli spać.
- Chyba masz rację. Zaraz zrobi się ciemno.
Wilk bardzo rad był z faktu, że jasna wadera była bardzo podobnej myśli. Wstał, otrzepując futro ze śniegu, a potem ruszył za Nightmare.
Podróż minęłam im w ciszy. Oboje byli zmęczeni dzisiejszymi wydarzeniami i jakoś żadne z nich nie kwapiło się do zaczynania jakiejkolwiek rozmowy. Do tego było zimno, i wiał nieprzyjemny, arktyczny wiatr.
Wreszcie dotarli do zimowych jaskiń. Tam też wpadli na obcą waderę o biało-szarym futrze.
- Coś ty za jedna? - syknął Lily, ale jego zdenerwowanie było uzasadnione. Ostatnio na skraju wschodniej granicy aż roiło się od szpiegów.
- Nitro jestem - odezwała się nieznajoma - Szukam watahy, podobno znajdują się jakieś w tej okolicy.
Nightmare spojrzała na basiora pytająco, a ten spojrzał jeszcze raz na biało-szarą wilczycę. Czy mogła być szpiegiem? W końcu ostatnio Yesterday wysłał dwójkę wilków do wrogiej watahy z identycznym wytłumaczeniem.
Ale nie zaszkodzi dać tej waderze szansy, jeżeli tylko Lily zachowa czujność.
- Dobrze trafiłaś - powiedział w końcu - Właśnie znajdujesz się na terenach Watahy Krwawego Szafiru. Mówisz, że chcesz dołączyć?
Nieznajoma przytaknęła.
- Jestem Betą, nazywam się Lily. Zaprowadzę cię zaraz do Alfy....
- Iść z tobą? - wtrąciła Nightmare.
- To nie będzie konieczne - mruknął Lily - Lepiej zrobisz, jak pójdziesz się wyspać.
- Jesteś pewien? - szepnęła prawie niedosłyszalnie biała, dyskretnie wskazując na Nitro.
- Oczywiście, poradzę sobie.
Wilczyca zostawiła go samego z potencjalną nową. Basior ruszył w kierunku jaskini Alfy, ostrzegając jeszcze nowo poznaną, by nie próbowała na nim sztuczek.
Nowa faktycznie była dziwniejsza, niż by się po niej można spodziewać. Zakomunikowała, by się jej przyszła wataha nawet nie kłopoczyła z szukaniem dla niej jaskini, bo ona poradzi sobie doskonale bez niej. Lily dowiedział się też, że ma dwa lata, jest wegetarianką i najchętniej zostałaby egzorcystą. Pytała też, czy mamy jakiś watahowy cmentarz, bo chciała by opiekować się grobami, a wtedy Lily powiedział podniesionym głosem, żeby, na litość boską, zachowała te pytania na rozmowę w Yesterday'em, bo i tak nie zapamiętał połowy z tego co powiedziała.
* * *
Yesterday miał tego wieczoru jeszcze większe wory pod oczami, niż podczas ich poprzedniego spotkania. Wyglądał, jakby nie spał od dwóch dni.
- Trzeba wybrać Deltę.... - mówił, zanim weszli. Jednak mimo swojego zmęczenia, postanowił ustalić z nowym członkiem szczegóły członkostwa. Lily odetchnął z ulgą, gdyż Alfa nie zmuszał go do oprowadzenia Nitro po terenach, czyli mógł już sobie wrócić do jaskini.
Silny, północny wiatr nasilił się, ale basior Beta nie dbał już o to. Szukał swojej jaskini, a nie było to łatwe, przez głośny wiatr i śnieg.
Zobaczył za drzewem Nightmare, która jednak postanowiła nie wracać jeszcze do jaskini. Bogowie ją chyba opuścili, jeśli zachciało jej się spaceru w taką pogodę. Jego siódmy zmysł nakazał mu dobiec do zaskoczonej wilczycy i odepchnąć ją nieco na bok, chwilę przed tym, jak zawaliło się przy nich drzewo.
- Lepiej uważać w taką pogodę - powiedział, gdy otrzepał się ze śniegu - Dobranoc.
Potem ruszył wolnym truchtem do swojej jaskini.
< Nightmare? >
Silny, północny wiatr nasilił się, ale basior Beta nie dbał już o to. Szukał swojej jaskini, a nie było to łatwe, przez głośny wiatr i śnieg.
Zobaczył za drzewem Nightmare, która jednak postanowiła nie wracać jeszcze do jaskini. Bogowie ją chyba opuścili, jeśli zachciało jej się spaceru w taką pogodę. Jego siódmy zmysł nakazał mu dobiec do zaskoczonej wilczycy i odepchnąć ją nieco na bok, chwilę przed tym, jak zawaliło się przy nich drzewo.
- Lepiej uważać w taką pogodę - powiedział, gdy otrzepał się ze śniegu - Dobranoc.
Potem ruszył wolnym truchtem do swojej jaskini.
< Nightmare? >
Od Nightmare CD Lily'ego
0 | Skomentuj
Autor:
Dobermanka
-Ehhh no cóż to zależy- westchnęła czarna wadera - jak jest silny i w jakiej jest kondycji fizycznej ale przypuszczam, że tak z 15-30 minut jeśli jest w słabej kondycji to nawet godzinę, będzie tak spał- stwierdziła niepewnie ciemna skrzydlata wadera.
-To dobrze zdążymy go tam zaciągnąć i utopić - odparł Lily
Wilki ciągnęły potwora ostrożnie aż do celu, zajęło im to kilka minut ale w końcu dotarli na miejsce, basior za pomocą sztyletu wyciał i wyciągnąć krę lodu a Nightmare wrzuciła potwora do jeziora a jej towarzysz natychmiast przyłożył krę lodu na miejsce, wadera użyła magicznego ognia aby stopić krę z resztą lodu, zrobiła to. Oboje stali na grubym lodzie i obserwowali dryfującego pod lodem potwora, który po chwili wybudził się z uśpienia i próbował się wydostać ale mu się to nie udawało.
Monstrum po 5 minutach próby wydostanie się straciła przytomność i opadło na samo ciemne dno jeziora, kryzys chwilowo zarzegnany.
-No to tyle z głowy- stwierdziła z ulgą czarna wilczyca
-Tak, ich mam już z głowy- odparł czarny basior
-To co teraz? - zapytała patrząc na basiora
-No... sam nie wiem - westchnoł i spojrzał w niebo
-Wróćmy do reszty watahy - zaproponowała i popatrzył na Lily'ego a potem przed siebie
-Tak, to dobry pomysł - stwierdził jej towarzysz i ruszyli w kierunku gdzie znajdowali się inni członkowie watahy.
Szli kawałek drogi trwający w zupełnym milczeniu nikt nic nie mówił, Nightmare jednak przełamał po kilku minutach tą ciszę która była dość nie zręczna przynajmniej dla czarnej wadery.
-Może... Chciłbyś się pezelecieć? - zapytała rozkładają skrzydła
-No nie wiem - burknoł wilk
-Dawaj będzie fajnie - skomentowała z lekkim entuzjazmem wadera
-Ehhh no dobra- odpowiedział po chwili ciemny beta
Nightmare zamieniła się w potężnego spmoka a jej towarzysz wskoczył na jej grzbiet, ona uniosła się w powietrze i powiedziała aby jej towarzysz mocno się trzymał i wtedy zaczęła robić różne akrobacje. Na początek rozbiła śróbę a potem kilka beczek basior na jej grzbiecie mocno się trzymał, smoczyca zanurkowała i z wielką prędkość zbliżała się do ziemi i tak metr przed uderzeniem w ziemię odbiła i wzniosła się w górę. Zrobiła z ognia kilka ognisty chyba obręczy przez które przeleciała.
-Fajnie się leci?-zapytała wadera przemienia w smoka
<Lily? >
-To dobrze zdążymy go tam zaciągnąć i utopić - odparł Lily
Wilki ciągnęły potwora ostrożnie aż do celu, zajęło im to kilka minut ale w końcu dotarli na miejsce, basior za pomocą sztyletu wyciał i wyciągnąć krę lodu a Nightmare wrzuciła potwora do jeziora a jej towarzysz natychmiast przyłożył krę lodu na miejsce, wadera użyła magicznego ognia aby stopić krę z resztą lodu, zrobiła to. Oboje stali na grubym lodzie i obserwowali dryfującego pod lodem potwora, który po chwili wybudził się z uśpienia i próbował się wydostać ale mu się to nie udawało.
Monstrum po 5 minutach próby wydostanie się straciła przytomność i opadło na samo ciemne dno jeziora, kryzys chwilowo zarzegnany.
-No to tyle z głowy- stwierdziła z ulgą czarna wilczyca
-Tak, ich mam już z głowy- odparł czarny basior
-To co teraz? - zapytała patrząc na basiora
-No... sam nie wiem - westchnoł i spojrzał w niebo
-Wróćmy do reszty watahy - zaproponowała i popatrzył na Lily'ego a potem przed siebie
-Tak, to dobry pomysł - stwierdził jej towarzysz i ruszyli w kierunku gdzie znajdowali się inni członkowie watahy.
Szli kawałek drogi trwający w zupełnym milczeniu nikt nic nie mówił, Nightmare jednak przełamał po kilku minutach tą ciszę która była dość nie zręczna przynajmniej dla czarnej wadery.
-Może... Chciłbyś się pezelecieć? - zapytała rozkładają skrzydła
-No nie wiem - burknoł wilk
-Dawaj będzie fajnie - skomentowała z lekkim entuzjazmem wadera
-Ehhh no dobra- odpowiedział po chwili ciemny beta
Nightmare zamieniła się w potężnego spmoka a jej towarzysz wskoczył na jej grzbiet, ona uniosła się w powietrze i powiedziała aby jej towarzysz mocno się trzymał i wtedy zaczęła robić różne akrobacje. Na początek rozbiła śróbę a potem kilka beczek basior na jej grzbiecie mocno się trzymał, smoczyca zanurkowała i z wielką prędkość zbliżała się do ziemi i tak metr przed uderzeniem w ziemię odbiła i wzniosła się w górę. Zrobiła z ognia kilka ognisty chyba obręczy przez które przeleciała.
-Fajnie się leci?-zapytała wadera przemienia w smoka
<Lily? >
Od Yesterday'a CD. Kaylay
0 | Skomentuj
Autor:
Hobbit Hommik
– Kaylay? – zawołał Yesterday, zaglądając do nowego mieszkania wilczycy. Dopiero co przeprowadzili się do tajgi, ale Alfa już musiał zakłócić spokój czarnej wojowniczce. "Ojczyzna wzywa", jak to się mówi. Ciemna postać wychynęła z głębi i stanęła przed basiorem, mrużąc oczy od nadmiaru światła. Wyglądało na to, że właśnie przerwał znajomej drzemkę... ups.
– Oby to było coś ważnego, bo jak nie, to cię rozszarpię – burknęła Kaylay, spoglądając na Day'a.
– Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko misji – zaczął beżowy wilk.
– Co masz na myśli?
– Idziesz wraz z Shogunem na północ. Podobno zgubił się kolejny szczeniak. Poza tym trzeba sprawdzić granicę. Nawet przy tej pogodzie ktoś może chcieć odebrać nam tereny – wyjaśnił. W myślach dopowiedział: Na przykład taka Kiba. Jego ciotka byłaby jeszcze chętniejsza do zagarnięcia nowych ziem właśnie podczas zimy. Generalnie, taka dość chłodna była.
– Ale dlaczego akurat ja? – jęknęła czarna wojowniczka. – Czemu nie kto inny?
– Alt jest chora, Scarlet z Trou są na misji, a reszta jest chyba zajęta.
– Niech ci będzie – zgodziła się w końcu Kaylay, tłumiąc ziewnięcie. – Mogę się jeszcze trochę zdrzemnąć?
– Masz piętnaście minut – odparł Day, a potem szybko pożegnał się i odbiegł. Och, dlaczego akurat on był Alfą? Dlaczego on miał to wszystko na głowie? Dlaczego nie miał nawet chwili dla siebie, dlaczego brakowało mu czasu na napisanie choćby jednego kiepskiego wiersza? Czy to tak wiele? Ale... teraz ma przecież chwilę, może sobie usiąść i pomyśleć, może coś napisać? A potem trzeba będzie zajrzeć do Elan... nie, iść na polowanie... albo wyprawić Shoguna i Kaylay?
Ty naprawdę potrzebujesz odpoczynku – stwierdził głos w jego głowie. – Musisz poukładać myśli.
– Tyle to sam wiem! – wrzasnął Alfa tak głośno, że chyba spłoszył zwierzynę w całym Owadzim Lesie. Współczucia wszystkim, którzy teraz polowali.
Dobra. Przydałaby się dodatkowa osoba, która pomogłaby nam wszystkim ogarnąć ten cały sajgon. Może... zrobić by kogoś Deltą? W końcu to miejsca w hierarchii jest wolne już od wieków – zastanawiał się, siedząc na jakimś zimnym kamieniu. – Tylko... kto mógłby pełnić tą funkcję? Prascanna odpada, trochę kiepsko u niej z nastrojami... Shairen pracuje już na pełny etat. Shogun odmówi, jak zwykle. Trou... nie wiadomo, ile tu zabawi. Scarlet? Można by ją zapytać... Kto tam dalej jest... Nightmare? No nie, zbyt słabą ją znam. Aiden też jest nowy... A Kaylay? Hm... chyba pokazała już, że zależy jej na watasze... a może to nie była ona? Nie, chyba ona. To... muszę jeszcze pogadać ze Scarlet i Kaylay, jak tylko obie wrócą ze swoich misji.
Na kamieniu siedział jeszcze przez pewien czas, aż nie poczuł, że zaczyna go boleć głowa. Chyba ma za dużo obowiązków... Delta naprawdę przyda się w tej watasze.
– Oby to było coś ważnego, bo jak nie, to cię rozszarpię – burknęła Kaylay, spoglądając na Day'a.
– Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko misji – zaczął beżowy wilk.
– Co masz na myśli?
– Idziesz wraz z Shogunem na północ. Podobno zgubił się kolejny szczeniak. Poza tym trzeba sprawdzić granicę. Nawet przy tej pogodzie ktoś może chcieć odebrać nam tereny – wyjaśnił. W myślach dopowiedział: Na przykład taka Kiba. Jego ciotka byłaby jeszcze chętniejsza do zagarnięcia nowych ziem właśnie podczas zimy. Generalnie, taka dość chłodna była.
– Ale dlaczego akurat ja? – jęknęła czarna wojowniczka. – Czemu nie kto inny?
– Alt jest chora, Scarlet z Trou są na misji, a reszta jest chyba zajęta.
– Niech ci będzie – zgodziła się w końcu Kaylay, tłumiąc ziewnięcie. – Mogę się jeszcze trochę zdrzemnąć?
– Masz piętnaście minut – odparł Day, a potem szybko pożegnał się i odbiegł. Och, dlaczego akurat on był Alfą? Dlaczego on miał to wszystko na głowie? Dlaczego nie miał nawet chwili dla siebie, dlaczego brakowało mu czasu na napisanie choćby jednego kiepskiego wiersza? Czy to tak wiele? Ale... teraz ma przecież chwilę, może sobie usiąść i pomyśleć, może coś napisać? A potem trzeba będzie zajrzeć do Elan... nie, iść na polowanie... albo wyprawić Shoguna i Kaylay?
Ty naprawdę potrzebujesz odpoczynku – stwierdził głos w jego głowie. – Musisz poukładać myśli.
– Tyle to sam wiem! – wrzasnął Alfa tak głośno, że chyba spłoszył zwierzynę w całym Owadzim Lesie. Współczucia wszystkim, którzy teraz polowali.
Dobra. Przydałaby się dodatkowa osoba, która pomogłaby nam wszystkim ogarnąć ten cały sajgon. Może... zrobić by kogoś Deltą? W końcu to miejsca w hierarchii jest wolne już od wieków – zastanawiał się, siedząc na jakimś zimnym kamieniu. – Tylko... kto mógłby pełnić tą funkcję? Prascanna odpada, trochę kiepsko u niej z nastrojami... Shairen pracuje już na pełny etat. Shogun odmówi, jak zwykle. Trou... nie wiadomo, ile tu zabawi. Scarlet? Można by ją zapytać... Kto tam dalej jest... Nightmare? No nie, zbyt słabą ją znam. Aiden też jest nowy... A Kaylay? Hm... chyba pokazała już, że zależy jej na watasze... a może to nie była ona? Nie, chyba ona. To... muszę jeszcze pogadać ze Scarlet i Kaylay, jak tylko obie wrócą ze swoich misji.
Na kamieniu siedział jeszcze przez pewien czas, aż nie poczuł, że zaczyna go boleć głowa. Chyba ma za dużo obowiązków... Delta naprawdę przyda się w tej watasze.
<Kaylay?>
uważaj na fabułę z Prascanną. Day może być tylko w jednym miejscu jednocześnie
Od Altair CD. Aidena
0 | Skomentuj
Autor:
Hobbit Hommik
Wpadając przez właśnie otwierane drzwi do zimowego mieszkania Uzdrowicielki, Altair doszła do wniosku, że zamontowanie ich nie było takim złym pomysłem. Grube drewno skutecznie chroniło od przeciągu i chłodu, a w grocie ochłodziło się dopiero, gdy wraz z wampirzycą wleciał do środka silny podmuch jednego z kochanych północnych wichrów. Kilka sekund później czarna wadera runęła z hukiem do przodu, zapomniawszy o stopniu. I ona, i niesiony przez nią na wpół zamarznięty basior przeturlali się parę metrów. Gdy w następnej chwili Alt spojrzała w górę, zobaczyła pochyloną nad nią Elan.
– Co tym razem? – mruknęła zielona wilczyca, wskazując na leżącego nieopodal Aidena. Wampirzyca otworzyła pyszczek, aby odpowiedzieć, ale dostała nagłego ataku kaszlu.
– Miał halucynacje po twoich ziółkach – wydyszała, gdy w końcu była w stanie mówić. – Znalazłam go przymarzniętego na środku naszej... – Kolejny atak kaszlu. – ... części tundry.
– Nie podoba mi się twój kaszel – wymruczała Uzdrowicielka, krzątając się po grocie. – Połóż go na posłaniu. Musi się rozgrzać.
Altair kiwnęła tylko głową i chwyciła bardzo, bardzo, bardzo ostrożnie Aidena za kark. Uważnie przeciągnęła go na jedną z reniferowych skór. Chwilę później Elan przykryła basiora kolejnymi trzema i postawiła obok niego słoik z magicznym płomieniem. Wampirzyca pochyliła głowę i przyjrzała się z bliska magicznemu ogniowi.
– Nie widziałam tego u ciebie wcześniej – zwróciła się do Elan, po czym odskoczyła od szklanego pojemnika. Dostała kolejnego napadu kaszlu. Uzdrowicielka pokręciła głową z dezaprobatą, a potem zawołała do korytarza prowadzącego między innymi do magazynów:
– Shairen, przynieś coś na kaszel!
Minutę później medyczka wbiegła truchtem do groty, niosąc w pyszczku buteleczkę z jakimś wywarem czy inną miksturą. Część zawartości naczynia przelała do kubka i kazała wypić Alt. Podczas gdy wampirzyca zlizywała resztki lekarstwa, Shai sprawnie przygotowała wywar z ziół. Przez następne kilka minut siostra Yesterday'a zmuszona była do wdychania oparów z kociołka, cały czas mając przykryją głowę sporym kawałkiem skóry.
– Kto to w ogóle wymyślił? – jęknęła Alt, gdy zakończyła inhalację.
– Pewnie ktoś bardzo mądry – odparła Elan. – Zakładam, że już ci lepiej?
– Na to by wyglądało – wymruczała wampirzyca, niezbyt zadowolona, że nie może się poskarżyć na przeprowadzony wcześniej zabieg. – Jak zgaduję, powinnam zostać na noc na obserwację?
– Dobrze mnie znasz. – Uzdrowicielka uśmiechnęła się krótko, a potem zniknęła w ciemnym korytarzu. Czarna wadera westchnęła cicho i położyła się na jednym z posłań. Ułożyła głowę na przednich łapach i obserwowała na przemian unoszący się miarowo bok Aidena i krzątającą się Shairen. Widok był dość monotonny, toteż nie potrafi sobie nawet przypomnieć, kiedy dokładnie zasnęła...
Idąc dalej, dostrzega kolejnych członków watahy. Niektórzy zostają zaskoczeni podczas wykonywania swoich zwyczajnych zajęć, jak Shairen; inni patrzą przed siebie przerażonym wzrokiem, jak Raptor. Nie może zrozumieć, co tutaj mogło się stać. Dlaczego całe stado...
I wtedy właśnie przypomina sobie o kimś, prawdopodobnie jedynej osobie w okolicy zdolnej do podobnego czynu. Kiba. Ciotka Yesterday'a.
– Dlaczego to zrobiłaś? – szepcze cicho, nie spodziewając się odpowiedzi. Z jej pyska wydobywają się kłęby pary. Wpierw nie zwraca na nie zupełnej uwagi, jednak spogląda na mgiełkę, gdy ta zaczyna przybierać różne kształty. Mruży oczy w skupieniu.
Widzi dwa wilki – siebie i Aidena. Potem kogoś, kogo uznałaby za Kibę. Następnie jaskinię, a na końcu miecz. Para formuje się właśnie w ostatni kształt, gdy rozlega się dziwny dźwięk...
– To brzmi jak twoja alergia ze szczenięcych lat – stwierdziła Uzdrowicielka.
– Ale... jak to? Przecież... ona minęła – zdziwiła się Alt.
– Podejrzewam, że twoja przemiana w wampira spowodowała jej nawrót – odparła zielona wadera. – Przyniosę ci kolejną dawkę lekarstwa – oznajmiła i się ulotniła. Tymczasem wampirzyca poczuła na sobie czyiś wzrok. Spojrzała w tamtą stronę, prosto na gapiącego się na nią Aidena. Ciężko było wymyślić, co działo się teraz w jego głowie, ale tym razem wadera miała już pewność, że wie, kim ona jest. I wcale nie była z tego zadowolona.
– Co tym razem? – mruknęła zielona wilczyca, wskazując na leżącego nieopodal Aidena. Wampirzyca otworzyła pyszczek, aby odpowiedzieć, ale dostała nagłego ataku kaszlu.
– Miał halucynacje po twoich ziółkach – wydyszała, gdy w końcu była w stanie mówić. – Znalazłam go przymarzniętego na środku naszej... – Kolejny atak kaszlu. – ... części tundry.
– Nie podoba mi się twój kaszel – wymruczała Uzdrowicielka, krzątając się po grocie. – Połóż go na posłaniu. Musi się rozgrzać.
Altair kiwnęła tylko głową i chwyciła bardzo, bardzo, bardzo ostrożnie Aidena za kark. Uważnie przeciągnęła go na jedną z reniferowych skór. Chwilę później Elan przykryła basiora kolejnymi trzema i postawiła obok niego słoik z magicznym płomieniem. Wampirzyca pochyliła głowę i przyjrzała się z bliska magicznemu ogniowi.
– Nie widziałam tego u ciebie wcześniej – zwróciła się do Elan, po czym odskoczyła od szklanego pojemnika. Dostała kolejnego napadu kaszlu. Uzdrowicielka pokręciła głową z dezaprobatą, a potem zawołała do korytarza prowadzącego między innymi do magazynów:
– Shairen, przynieś coś na kaszel!
Minutę później medyczka wbiegła truchtem do groty, niosąc w pyszczku buteleczkę z jakimś wywarem czy inną miksturą. Część zawartości naczynia przelała do kubka i kazała wypić Alt. Podczas gdy wampirzyca zlizywała resztki lekarstwa, Shai sprawnie przygotowała wywar z ziół. Przez następne kilka minut siostra Yesterday'a zmuszona była do wdychania oparów z kociołka, cały czas mając przykryją głowę sporym kawałkiem skóry.
– Kto to w ogóle wymyślił? – jęknęła Alt, gdy zakończyła inhalację.
– Pewnie ktoś bardzo mądry – odparła Elan. – Zakładam, że już ci lepiej?
– Na to by wyglądało – wymruczała wampirzyca, niezbyt zadowolona, że nie może się poskarżyć na przeprowadzony wcześniej zabieg. – Jak zgaduję, powinnam zostać na noc na obserwację?
– Dobrze mnie znasz. – Uzdrowicielka uśmiechnęła się krótko, a potem zniknęła w ciemnym korytarzu. Czarna wadera westchnęła cicho i położyła się na jednym z posłań. Ułożyła głowę na przednich łapach i obserwowała na przemian unoszący się miarowo bok Aidena i krzątającą się Shairen. Widok był dość monotonny, toteż nie potrafi sobie nawet przypomnieć, kiedy dokładnie zasnęła...
>>> <<<
Stoi w środku zamieci śnieżnej, wkoło jedynie biel śniegu i wycie wichru. Zupełnie nagle śnieżyca ustępuje, po kolei ukazując lodowe rzeźby. Wszystkie przedstawiają wilki – zwykle zaskoczone lub przerażone, żadnego uśmiechniętego. Podchodzi do jednej nich powoli i niemal od razu cofa się kilka kroków, niedowierzając własnym oczom. To jej brat, Yesterday, jakby usiłujący kogoś osłonić swoim własnym ciałem. Dlaczego... dlaczego musiał się poświęcić?Idąc dalej, dostrzega kolejnych członków watahy. Niektórzy zostają zaskoczeni podczas wykonywania swoich zwyczajnych zajęć, jak Shairen; inni patrzą przed siebie przerażonym wzrokiem, jak Raptor. Nie może zrozumieć, co tutaj mogło się stać. Dlaczego całe stado...
I wtedy właśnie przypomina sobie o kimś, prawdopodobnie jedynej osobie w okolicy zdolnej do podobnego czynu. Kiba. Ciotka Yesterday'a.
– Dlaczego to zrobiłaś? – szepcze cicho, nie spodziewając się odpowiedzi. Z jej pyska wydobywają się kłęby pary. Wpierw nie zwraca na nie zupełnej uwagi, jednak spogląda na mgiełkę, gdy ta zaczyna przybierać różne kształty. Mruży oczy w skupieniu.
Widzi dwa wilki – siebie i Aidena. Potem kogoś, kogo uznałaby za Kibę. Następnie jaskinię, a na końcu miecz. Para formuje się właśnie w ostatni kształt, gdy rozlega się dziwny dźwięk...
>>> <<<
Obudził ją jej własny kaszel. Gdy ten nagły napad się skończył, zauważyła pochyloną nad nią Elan.– To brzmi jak twoja alergia ze szczenięcych lat – stwierdziła Uzdrowicielka.
– Ale... jak to? Przecież... ona minęła – zdziwiła się Alt.
– Podejrzewam, że twoja przemiana w wampira spowodowała jej nawrót – odparła zielona wadera. – Przyniosę ci kolejną dawkę lekarstwa – oznajmiła i się ulotniła. Tymczasem wampirzyca poczuła na sobie czyiś wzrok. Spojrzała w tamtą stronę, prosto na gapiącego się na nią Aidena. Ciężko było wymyślić, co działo się teraz w jego głowie, ale tym razem wadera miała już pewność, że wie, kim ona jest. I wcale nie była z tego zadowolona.
<Aiden?>
Od Prascanny CD Yesterday'a
0 | Skomentuj
Autor:
Dobermanka
Prascanna nie wiedziała co się dzieje była już strasznie skołowana i nie wiedziała co ma robić, jeszcze ten ten ten... już sama nie wie kto był owinięty wokół niej. Zarzuciła go z siebie i stanęła potężną lodową łapą na jego szyi i go przydusiła pod wpływem wściekłości ugryzła go w szyję tak aż jej lodowe kły przeszły go na wylot, niestety go zabiły, leżał sztywny i zimny na ziemi. Teraz jako lodowy potwór była nie do pokonania i po raz pierwszy zabiła kogoś (oczywiście zwierzyny z polowań się nie liczy) gdy to zrobiła spojrzała tylko na teuchło i wybiegła na dwór, zostawiając zwłoki w jaskini. Wspieła się na sam szczyt najwyższej góry i zawyła i wszystko wraz z zamkiem było skute z lodem. Stła na szczycie i rozglądała się wpatrując Day'a którego pisała zamiar odstawić do watahy a co potem z sobą zrobi to nie miała już planu. Zbiegła z góry i zaczęła łapać trop beżowego basiora, złapała jego trop który zaprowadził ją aż do zamczyska, znów przeskoczyła mur który sama stworzyła. Trop prowadził ją pod ziemię ale nie wiedziała jak ma się tam dostać więcej spojrzała tylko na skutą w bryle lodu Kibe i wybiegła do zamku, przypomniała sobie, że widziała wejście do podziemi ruszyła w tamtym kierunku ile sił w łapach. Przed tym wejściem do podziemia stały tamte dwa basior granatowy i szary wadera była dość wściekła a jeden z nich rzucił w nią sztylet który i tak się tylko odbił od jej lodowej skóry, jednego z nich zabiły lodowe kolce które w niego cisneła a drugiego zabiła przez ugryzięcie go w szyję. Gdy zabiła już tą dwójkę to wybiegła do podziemi i zaczęła szukać Day'a. Błąkała się chwilę czasu po korytarzach widział wiele szkieletów martwych wilków które pewnie miały już kilkaset lat, nagle jej lodowy nos wyczuł woń basiora i po chwili go ujżała, odciął mu drogę ucieczki lodową ścianą.
-Yesterday? Ten prawdziwy? - zapytała patrząc mu w oczy
-Tak- odparł basior
-Nie mam pewności czy to ty, więc żądam ci pytania - stwierdziła poważnym głosem
-No... Dobrze - wymruczał basior
-Czego cię uczyłam? - zadała pierwsze pytanie
-Yyyyy... Obrony przed czytanie w myślach - odpowiedział nie pewnie
-Dobrze dobrze Day - parskneła wadera
-Czemu chciałam się zabić? - i zadała kolejne pytanie
-Bo dałem Ci kosza i raz bo nie wiedziałaś co powiem- odpowiedział kolejny raz niepewnie
-I kolejny raz dobrze- odparła groźnym głosem gdyż pomyłka groziła by śmiercią
-Ostatnie pytanie... Kto miał się zająć Lemim na wypadek mojej śmierci? - zapytała patrząc w oczy wilka
-yyyyy.... No...-zaczął się jąkać
-Tik tak czas mija- wyszeptała do ucha wilka
-Elan! Miał jej pomagać! - wykrzyczał pod presją a lodowa wadera wziała go za kark i zaczeła z nim biec przed siebie aby go odstawić do watahy.
Biegła tak zanim przez korytarze podziemia a potem po korytarzach zamku chciała hak najszybciej dotrzeć do terenów watahy krwawego szafiru.
<Yesterday? >
-Yesterday? Ten prawdziwy? - zapytała patrząc mu w oczy
-Tak- odparł basior
-Nie mam pewności czy to ty, więc żądam ci pytania - stwierdziła poważnym głosem
-No... Dobrze - wymruczał basior
-Czego cię uczyłam? - zadała pierwsze pytanie
-Yyyyy... Obrony przed czytanie w myślach - odpowiedział nie pewnie
-Dobrze dobrze Day - parskneła wadera
-Czemu chciałam się zabić? - i zadała kolejne pytanie
-Bo dałem Ci kosza i raz bo nie wiedziałaś co powiem- odpowiedział kolejny raz niepewnie
-I kolejny raz dobrze- odparła groźnym głosem gdyż pomyłka groziła by śmiercią
-Ostatnie pytanie... Kto miał się zająć Lemim na wypadek mojej śmierci? - zapytała patrząc w oczy wilka
-yyyyy.... No...-zaczął się jąkać
-Tik tak czas mija- wyszeptała do ucha wilka
-Elan! Miał jej pomagać! - wykrzyczał pod presją a lodowa wadera wziała go za kark i zaczeła z nim biec przed siebie aby go odstawić do watahy.
Biegła tak zanim przez korytarze podziemia a potem po korytarzach zamku chciała hak najszybciej dotrzeć do terenów watahy krwawego szafiru.
<Yesterday? >
Od Lily'ego CD Nightmare
0 | Skomentuj
Autor:
BiałyKieł56
Kiedy tak unosili się nad potworem, Lily przypomniał sobie o incydencie usłyszanym od Yesterday'a. Alfa opowiedział mu kilka miesięcy temu o dziwnych zombie łosiach, zaznaczając, że ktoś mógł je celowo zagonić na tereny watahy. Chyba miał wtedy na myśli konkretną osobę.
Basior niepewnie spojrzał na pożerającego ich wzrokiem potwora podobnego do wilka. Może to stworzenie również nie było tu bez powodu? Może była to sprawka Kiby, przybranej ciotki Alfy? Niewątpliwie tego typu sabotaże były w jej stylu.
- Można mu jakoś pomóc? - zawołał do przemienionej w smoka Nightmare.
Smoczyca spojrzała na niego zaskoczona.
Pomóc? Dla niego nie ma już ratunku.
Usłyszeli wycie o takiej sile, że Lily'emu prawie eksplodowały bębenki w uszach. Zombie wilk skakał, usiłując dosięgnąć srebrnego smoka.
- Może jest rozumny - szepnął basior, wstając i szacując odległość dzielącą ich od ziemi.
Mógłby bezpiecznie zeskoczyć, jeśli wyceluje w tamte krzaki...
- Porozmawiam z nim.
Jest zbyt głodny, by w tej chwili myśleć o czym innym niż zjedzeniu nas. Mogliśmy zabrać ze sobą trochę tego renifera.
Nim Nightmare zdążyła cokolwiek zrobić, basior Beta skoczył do wybranych wcześniej krzaków. O mało co nie wydłubał sobie przy tym oczu, ale finalnie wyszedł bezpiecznie z krzaków, stając oko w oko z bestią. Dzieliło ich zaledwie sześć długości ogona. Nightmare nadal szybowała nad ich głowami, gotowa w każdej chwili interweniować.
- Chcemy tylko pogadać! - zawołał Lily - Jestem Betą Watahy Krwawego Szafiru! Co robisz na naszym terytorium?
Potwór wydał z siebie ciche warknięcie, oblizując wargi.
- Wiem, że jesteś głodny, ale przez pięć minut nie umrzesz z głodu! - Lily spojrzał dyskretnie na Nightmare - Kim jesteś i kto cię tu przysłał?
Przez dłuższą chwilę zombie nie odpowiadał. Z jego szkarłatnych oczy błyszczało pragnienie wilczego mięsa. Lily zaczynał wątpić, czy w ogóle uda mu się dogadać z potworem.
- Podejdź bliżej.... - wychrypiał w końcu intruz.
Źle mu z oczu patrzało. Lily nawet nie musiał używać mocy, by wiedzieć, że potwór rzuci się na niego, gdy tylko podejdzie. Tylko ktoś o naprawdę niskim ilorazie inteligencji nabrałby się na taką sztuczkę.
Nightmare znalazła się obok niego, teraz już w normalnej postaci.
Chyba że tamten wilk po prostu miał słaby słuch? Lily spróbował jeszcze raz, tym razem mówiąc głośniej i wolniej.
- Niedaleko stąd mieszka nasza Uzdrowicielka. Możemy ci pomóc.
Jak się potem okazało, potwór jednak nie był niedosłyszący, a głód zwyciężył w nim rozsądek, co poskutkowało agresją. Skoczył w kierunku basiora, a ten w porę zdołał odskoczyć. Oczy ożywionego trupa wilka zaczęły jasno świecić, a Lily i Nightmare cofnęli się o kilka kroków wstecz.
- Jednak miałaś rację - wydyszał - Co on teraz robi?
- Zaraz zobaczysz. I pamiętaj, nie możemy dać się ugryźć, bo będzie po nas.
Zobaczyli, jak z ziemi wydostaje się nieco mniejsza kopia tamtego potwora, która posiadała nietoperzowe skrzydła.
- Lepiej coś zróbmy, zanim zwoła ich więcej - stwierdziła jasna wadera - Nie obrazisz się, jeśli zajmę się tamtym większym?
- Rób co chcesz, ale uważaj na siebie.
Lily rzucił w przywołanego nożem, przecinając mu skrzydło na wylot, przez co zaprzepaścił stworzeniu szanse na wzbicie się w powietrze. Potem basior skoczył na powalonego wilka, pakując mu jeszcze jeden nóż do pyska. Kiedy zeskoczył, przeciwnik rozsypał się w pył.
Lily dobiegł do Nightmare, zmagającej się z potworem. Wilczycy udało się podpalić przeciwnikowi grzbiet zielonym płomieniem. Ten zaczął biegać jak poparzony.
- Co mu zrobiłaś? - zapytał czarny basior, spoglądając raz na nią, a raz na parzonego wilka.
- Ten ogień pozwala mi leczyć w niewielkim stopniu inne wilki. Sprawia, że złamane kości się zrastają - odrzekła Nightmare - A skoro on jest już martwy, to chciałam zobaczyć, co się wydarzy.
- I uzyskałaś przeciwny rezultat? - odgadł Lily.
- Dokładnie. Ale chyba nie uda mi się go w ten sposób wykończyć.
Stwór nadal rzucał się, próbując uciec przed magicznym ogniem.
- A... ma może jakiś słaby punkt?
Wadera przegryzła wargę i westchnęła:
- Zwykle jest to mózg. Ale nie w tym przypadku, przed chwilą to sprawdzałam.
Wtedy w głowie Lily'ego zrodziła się pewna wizja, gdy przypomniał sobie o zamarzniętym jeziorze, znajdującym się trzy przecznice stąd.
- Myślę, że można by spróbować utopić go w jeziorze.... - mruknął - Moglibyśmy zrobić dziurę w lodzie, zepchnąć go do wody i jakoś załatać tą dziurę. Co ty na to?
- To brzmi okrutnie, ale to on chciał nas zjeść na obiad.... zróbmy to, ale zaczekaj, tylko go najpierw uśpię....
Ruchem łapy zgasiła zielony ogień na grzbiecie zombie wilka, który potem stracił przytomność. Lily i Nightmare ostrożnie złapali go za kończyny, gdyż przez kontakt z jego krwią mogli złapać jakąś nieuleczalną chorobę.
- To idziemy - zarządził Lily - Jak długo będzie tak spał?
< Nightmare? >
Basior niepewnie spojrzał na pożerającego ich wzrokiem potwora podobnego do wilka. Może to stworzenie również nie było tu bez powodu? Może była to sprawka Kiby, przybranej ciotki Alfy? Niewątpliwie tego typu sabotaże były w jej stylu.
- Można mu jakoś pomóc? - zawołał do przemienionej w smoka Nightmare.
Smoczyca spojrzała na niego zaskoczona.
Pomóc? Dla niego nie ma już ratunku.
Usłyszeli wycie o takiej sile, że Lily'emu prawie eksplodowały bębenki w uszach. Zombie wilk skakał, usiłując dosięgnąć srebrnego smoka.
- Może jest rozumny - szepnął basior, wstając i szacując odległość dzielącą ich od ziemi.
Mógłby bezpiecznie zeskoczyć, jeśli wyceluje w tamte krzaki...
- Porozmawiam z nim.
Jest zbyt głodny, by w tej chwili myśleć o czym innym niż zjedzeniu nas. Mogliśmy zabrać ze sobą trochę tego renifera.
Nim Nightmare zdążyła cokolwiek zrobić, basior Beta skoczył do wybranych wcześniej krzaków. O mało co nie wydłubał sobie przy tym oczu, ale finalnie wyszedł bezpiecznie z krzaków, stając oko w oko z bestią. Dzieliło ich zaledwie sześć długości ogona. Nightmare nadal szybowała nad ich głowami, gotowa w każdej chwili interweniować.
- Chcemy tylko pogadać! - zawołał Lily - Jestem Betą Watahy Krwawego Szafiru! Co robisz na naszym terytorium?
Potwór wydał z siebie ciche warknięcie, oblizując wargi.
- Wiem, że jesteś głodny, ale przez pięć minut nie umrzesz z głodu! - Lily spojrzał dyskretnie na Nightmare - Kim jesteś i kto cię tu przysłał?
Przez dłuższą chwilę zombie nie odpowiadał. Z jego szkarłatnych oczy błyszczało pragnienie wilczego mięsa. Lily zaczynał wątpić, czy w ogóle uda mu się dogadać z potworem.
- Podejdź bliżej.... - wychrypiał w końcu intruz.
Źle mu z oczu patrzało. Lily nawet nie musiał używać mocy, by wiedzieć, że potwór rzuci się na niego, gdy tylko podejdzie. Tylko ktoś o naprawdę niskim ilorazie inteligencji nabrałby się na taką sztuczkę.
Nightmare znalazła się obok niego, teraz już w normalnej postaci.
Chyba że tamten wilk po prostu miał słaby słuch? Lily spróbował jeszcze raz, tym razem mówiąc głośniej i wolniej.
- Niedaleko stąd mieszka nasza Uzdrowicielka. Możemy ci pomóc.
Jak się potem okazało, potwór jednak nie był niedosłyszący, a głód zwyciężył w nim rozsądek, co poskutkowało agresją. Skoczył w kierunku basiora, a ten w porę zdołał odskoczyć. Oczy ożywionego trupa wilka zaczęły jasno świecić, a Lily i Nightmare cofnęli się o kilka kroków wstecz.
- Jednak miałaś rację - wydyszał - Co on teraz robi?
- Zaraz zobaczysz. I pamiętaj, nie możemy dać się ugryźć, bo będzie po nas.
Zobaczyli, jak z ziemi wydostaje się nieco mniejsza kopia tamtego potwora, która posiadała nietoperzowe skrzydła.
- Lepiej coś zróbmy, zanim zwoła ich więcej - stwierdziła jasna wadera - Nie obrazisz się, jeśli zajmę się tamtym większym?
- Rób co chcesz, ale uważaj na siebie.
Lily rzucił w przywołanego nożem, przecinając mu skrzydło na wylot, przez co zaprzepaścił stworzeniu szanse na wzbicie się w powietrze. Potem basior skoczył na powalonego wilka, pakując mu jeszcze jeden nóż do pyska. Kiedy zeskoczył, przeciwnik rozsypał się w pył.
Lily dobiegł do Nightmare, zmagającej się z potworem. Wilczycy udało się podpalić przeciwnikowi grzbiet zielonym płomieniem. Ten zaczął biegać jak poparzony.
- Co mu zrobiłaś? - zapytał czarny basior, spoglądając raz na nią, a raz na parzonego wilka.
- Ten ogień pozwala mi leczyć w niewielkim stopniu inne wilki. Sprawia, że złamane kości się zrastają - odrzekła Nightmare - A skoro on jest już martwy, to chciałam zobaczyć, co się wydarzy.
- I uzyskałaś przeciwny rezultat? - odgadł Lily.
- Dokładnie. Ale chyba nie uda mi się go w ten sposób wykończyć.
Stwór nadal rzucał się, próbując uciec przed magicznym ogniem.
- A... ma może jakiś słaby punkt?
Wadera przegryzła wargę i westchnęła:
- Zwykle jest to mózg. Ale nie w tym przypadku, przed chwilą to sprawdzałam.
Wtedy w głowie Lily'ego zrodziła się pewna wizja, gdy przypomniał sobie o zamarzniętym jeziorze, znajdującym się trzy przecznice stąd.
- Myślę, że można by spróbować utopić go w jeziorze.... - mruknął - Moglibyśmy zrobić dziurę w lodzie, zepchnąć go do wody i jakoś załatać tą dziurę. Co ty na to?
- To brzmi okrutnie, ale to on chciał nas zjeść na obiad.... zróbmy to, ale zaczekaj, tylko go najpierw uśpię....
Ruchem łapy zgasiła zielony ogień na grzbiecie zombie wilka, który potem stracił przytomność. Lily i Nightmare ostrożnie złapali go za kończyny, gdyż przez kontakt z jego krwią mogli złapać jakąś nieuleczalną chorobę.
- To idziemy - zarządził Lily - Jak długo będzie tak spał?
< Nightmare? >
Od Nightmare CD Lily'ego
0 | Skomentuj
Autor:
Dobermanka
-Witaj Lily - odparła wilczyca - Lece tam gdzie wiatr mnie niesie, a dziś tu mnie przywiał- powiedziała skrzydlata wadera.
Lily w odpowiedzi jedynie cicho się zaśmiał.
-Znów przeszkodziło ci w polowaniu? Widziałam jak byś polował- stwierdziła i spojrzała w dal
-I tak to zdobycz na jednego kęsa, nawet bym się nie najadł - stwierdził lekko obniżonym i zasmuconym tonem.
-Wiem takim razie przepraszam i proponuję Ci polowanie- odparła spokojnym głosem i spojrzała zachęcającym wzrokiem na basiora.
-O tej porze roku ciężko o jaką kolwiek zdobycz, wątpię iż coś złapiemy - stwierdził lekko smutnym głosem i spojrzał w ziemię pokrytą grubą powierzchnią śniegu.
-Złapiemy złapiemy i to nie byle co a renifera albinosa
-Rzartujesz? Zwykłe reny ciężko o tej porze roku znaleźć a albinosy...je nawet w lato jest prawie nie możliwe znaleźć- stwierdził poważnie nie wierzył Nightmare
-Chodź ze mną a się przekonasz - stwierdziła i ruszyła przed siebie
-Ehhhhhhh-westchnoł i ruszył za czarną waderą która zaczęła biec, jej towarzysz również zaczął biec.
Biegli przez kilka aż byli w samy środku tajgi, Nightmare wskoczył na drzewo i usiadła na jednej z gałęzi kazała basior owi zrobić to samo, wilk wdrapywał się chwilę na drzewo ale w końcu mu się udało i usiadł na jednej z gałęzi tak jak wadera.
-Za chwilę zjawi się tu ten ren, na mój znak skacz i wbijaj kły- stwierdziła i skierowała swój wzrok na śnieg po którym miał za chwilę iść wyjątkowy renifer.
-No dobra... - burknoł bez przekonania beta
Wadera zaczęła odliczać w myślach do 10 gdy w jej myślach odbiła liczba dziesięć to krzyknęła do towarzysza
-Teraz!
I skoczyła powalające białego renifera na śnieg, Lily po chwili też skoczył z drzewa i o wbił kły w ledwo rzywego renifera
-Jedzmy puki ciepły- skomentowała wadera i zaczęła jeśli tak jak i jej towarzysz.
Przez kilka minut zajadali się smacznym mięsem białago jak śnieg renifera, po upływie dłuższej chwili ze zwierzęcia zostały tylko kości i skóry.
-To co teraz robimy? - zapytała Nightmare
-Nie mam pojęcia-odparł basior
Nagle w powietrzu uniósł się dziwny zapach jakby gnijącego truchła, to nie był dobry znak a zwłaszcza o tej porze roku która jest nie bezpieczna. Wadera rozejrzał się do okoła i stwierdziła, że lepiej stąd iść gdyż zapach był co raz to silniejszy.
-Wiej! - krzyknęła czarna wadera i zaczęła biec, po chwili jej zdezorientowany towarzysz biegł obok niej
-Coś się dzieje?! - zapytał w biegu
-To wilk Zo-bin- stwierdziła i zaczęła przyspieszać
-Coś!? - zapytał również przyspieszając
-To coś jak zombi tylko, że silniejszy, szybszy no i kontroluje zmarłych - odparła wilczyca
-No pięknie - dodał Lily
-Na mój znak skacz - stwierdziła
Wadera pobiegła na przód i zamieniła się w smoka.
-Już! - dała sygnał do skoku i basior wskoczył na jej grzbiet
Wadera wzniosła się w powietrze i z góry widzieli tego potwora który patrzył na nich.
Ten stwór patrzył na nich jak na swój obiad, nie wiedzieli jakie miał zamiary wobec nich.
<Lily? >
Lily w odpowiedzi jedynie cicho się zaśmiał.
-Znów przeszkodziło ci w polowaniu? Widziałam jak byś polował- stwierdziła i spojrzała w dal
-I tak to zdobycz na jednego kęsa, nawet bym się nie najadł - stwierdził lekko obniżonym i zasmuconym tonem.
-Wiem takim razie przepraszam i proponuję Ci polowanie- odparła spokojnym głosem i spojrzała zachęcającym wzrokiem na basiora.
-O tej porze roku ciężko o jaką kolwiek zdobycz, wątpię iż coś złapiemy - stwierdził lekko smutnym głosem i spojrzał w ziemię pokrytą grubą powierzchnią śniegu.
-Złapiemy złapiemy i to nie byle co a renifera albinosa
-Rzartujesz? Zwykłe reny ciężko o tej porze roku znaleźć a albinosy...je nawet w lato jest prawie nie możliwe znaleźć- stwierdził poważnie nie wierzył Nightmare
-Chodź ze mną a się przekonasz - stwierdziła i ruszyła przed siebie
-Ehhhhhhh-westchnoł i ruszył za czarną waderą która zaczęła biec, jej towarzysz również zaczął biec.
Biegli przez kilka aż byli w samy środku tajgi, Nightmare wskoczył na drzewo i usiadła na jednej z gałęzi kazała basior owi zrobić to samo, wilk wdrapywał się chwilę na drzewo ale w końcu mu się udało i usiadł na jednej z gałęzi tak jak wadera.
-Za chwilę zjawi się tu ten ren, na mój znak skacz i wbijaj kły- stwierdziła i skierowała swój wzrok na śnieg po którym miał za chwilę iść wyjątkowy renifer.
-No dobra... - burknoł bez przekonania beta
Wadera zaczęła odliczać w myślach do 10 gdy w jej myślach odbiła liczba dziesięć to krzyknęła do towarzysza
-Teraz!
I skoczyła powalające białego renifera na śnieg, Lily po chwili też skoczył z drzewa i o wbił kły w ledwo rzywego renifera
-Jedzmy puki ciepły- skomentowała wadera i zaczęła jeśli tak jak i jej towarzysz.
Przez kilka minut zajadali się smacznym mięsem białago jak śnieg renifera, po upływie dłuższej chwili ze zwierzęcia zostały tylko kości i skóry.
-To co teraz robimy? - zapytała Nightmare
-Nie mam pojęcia-odparł basior
Nagle w powietrzu uniósł się dziwny zapach jakby gnijącego truchła, to nie był dobry znak a zwłaszcza o tej porze roku która jest nie bezpieczna. Wadera rozejrzał się do okoła i stwierdziła, że lepiej stąd iść gdyż zapach był co raz to silniejszy.
-Wiej! - krzyknęła czarna wadera i zaczęła biec, po chwili jej zdezorientowany towarzysz biegł obok niej
-Coś się dzieje?! - zapytał w biegu
-To wilk Zo-bin- stwierdziła i zaczęła przyspieszać
-Coś!? - zapytał również przyspieszając
-To coś jak zombi tylko, że silniejszy, szybszy no i kontroluje zmarłych - odparła wilczyca
-No pięknie - dodał Lily
-Na mój znak skacz - stwierdziła
Wadera pobiegła na przód i zamieniła się w smoka.
-Już! - dała sygnał do skoku i basior wskoczył na jej grzbiet
Wadera wzniosła się w powietrze i z góry widzieli tego potwora który patrzył na nich.
Ten stwór patrzył na nich jak na swój obiad, nie wiedzieli jakie miał zamiary wobec nich.
<Lily? >
Subskrybuj:
Posty (Atom)
